"Współczucie większości ludzi składa się z mieszaniny ciekawości i ważniactwa".
Tytuł na pierwszy rzut oka kojarzy się ze sceną, kiedy to mały, spragniony wiedzy chłopiec podchodzi do równie młodej koleżanki i ku swej radości podnosi jej spódniczkę, by sprawdzić, czy pod spodem znajduje się to samo. Widok uroczy ale to trochę inny typ podglądu, niż ten, o którym myślę. W dorosłym życiu też czasami lubimy podglądać (pomijam podglądanie pod prysznicem) z tym, że w sieci. Chociaż, moment. To nie od Internetu się zaczęło. Zaczęło się całkiem niewinnie - kilka stuleci temu, od arystokrackich salonów i tworzących się tam plotek. Potem przyszedł czas na pierwsze brukowce. Tak, moi drodzy. Plotka i zainteresowanie cudzym życiem nie jest wynalazkiem wieku XXI. Jej korzenie rozpościerają się w wieku XIX. Po brukowcach przyszedł czas na kolejne, rozwinięte na coraz większą skalę media, od radia na popularnych portalach społecznościowych kończąc. Idąc tym tropem warto zastanowić się, czy tracenie prywatności faktycznie nobilituje do statusu celebryty? Istnieje w Polsce kilka żyjących na to dowodów.
Dlaczego lubujemy się w śledzeniu życia innych w sieci? Mam kilka odpowiedzi. Wybierz sobie prawidłową.
1. Nie posiadasz własnego życia, więc zaspokajasz się cudzym.
2. Lenistwo – bez wychodzenia z domu możesz się dowiedzieć, co nowego dzieje się w życiu Twoich znajomych.
3. Masz nadzieję, że komuś wiedzie się gorzej niż Tobie i napawasz się jego nieszczęściem.
4. Porównujesz się do innych przedstawicieli swojej płci. I zawsze w tych porównaniach wypadasz gorzej.
5. Inspirujesz się działaniami innych.
Ten ostatni punkt ma pozytywny wydźwięk, o ile nie mówimy o próbach samobójczych i podobnego pokroju zachowaniach. Manifestacje uczuciowe, ukazywanie zdjęć jak się je, sika, śpi nie jest odbierane pozytywnie. Nigdy. Nie oburzaj się, jeśli pewnego dnia dowiesz się, że były Twojego byłego partnera dowie się, że zwymiotowałaś na stolik podczas imprezy. Jeśli sam się tym nie pochwaliłeś w sieci, to pewnie ktoś inny zrobił to za Ciebie.
niedziela, 24 lutego 2013
niedziela, 17 lutego 2013
Obsesja doskonałości
"Do doskonałości brakowało jej tego, że nie miała wad"
Dzisiaj będzie zupełnie poważnie, gdyż ironia czasami niewskazanym elementem dyskursu jest. Co ciekawe, oburzają się zwłaszcza panowie. Wracając do tematu moich dzisiejszych rozważań – czy nie macie wrażenia, że współczesne bytowanie polega na ciągłym dążeniu do bycia "naj"?
Czy to społeczeństwo czy my sami wywieramy na sobie presję doskonałości? Przyjrzyjmy się. Współcześnie zaistnieć mogą tylko te osoby, które są naprawdę dobre, perfekcyjne w danej dziedzinie. Stąd talent show, konkursy piękności, a nawet zawody sportowe. Na przykładzie bloga – pisanie dla siebie nie wystarczy, potrzeba paru tysięcy unikalnych użytkowników, by ktoś Cię zauważył. Po co ma to robić? Dla kariery, rozpoznawalności, pieniędzy. W jaki sposób to osiągnąć? Poprzez kontrowersję, grę, intrygę. Czysty marketing. I koło się zamyka. Marketing przenosimy na inne dziedziny życia, właściwie każdą dziedzinę. Nawet w seksie. Tu także każdy chce być doskonały.
Dlaczego? Wina naszych czasów? Bo żeby dostać pracę, musisz skończyć studia. Im bardziej prestiżowe, tym lepiej dla Ciebie. Im więcej doświadczeń w swoim długim CV, tym lepsza praca, a czym lepsza praca, tym lepsza płaca. Przenosząc to na płeć piękną - im dłuższe szyny, tym stacja lepsza. Można wymieniać w nieskończoność.
Doskonałość to złuda. Ktoś kiedyś powiedział, że najdoskonalsi są ludzie w swej niedoskonałości. Na ile prawdziwi są ci, którym wydaje się, że doskonałość w każdej dziedzinie stanowi ich sens życia? Gdyby wszystkim dane było po równo ten świat szybko skończyłby się. Pacyfiści powiedzą, że nie mam racji, ponieważ nie byłoby niesprawiedliwości, wojen i takich tam. Oczywiste jest też, że nie byłoby marzeń i pogoni za nimi.
Moja skromna osoba nie mogłaby z pewnością związać się z mężczyzną pragnącym ideału, ponieważ czułaby się przy nim … zestresowana. Winę zwalam na mój częściowy, życiowy luz, nieprzymuszający do zdobywania więcej ponad to, ile sama potrzebuję.
Podsumowując zadam Ci jedno pytanie - czy w najdroższym mieszkaniu, siedząc na najmodniejszej kanapie, w najbardziej lanserskich ubraniach, przy kieliszku najbardziej wytrawnego wina, z najlepszą partią w mieście poczujesz się najszczęśliwszy/a na świecie?
Dzisiaj będzie zupełnie poważnie, gdyż ironia czasami niewskazanym elementem dyskursu jest. Co ciekawe, oburzają się zwłaszcza panowie. Wracając do tematu moich dzisiejszych rozważań – czy nie macie wrażenia, że współczesne bytowanie polega na ciągłym dążeniu do bycia "naj"?
Czy to społeczeństwo czy my sami wywieramy na sobie presję doskonałości? Przyjrzyjmy się. Współcześnie zaistnieć mogą tylko te osoby, które są naprawdę dobre, perfekcyjne w danej dziedzinie. Stąd talent show, konkursy piękności, a nawet zawody sportowe. Na przykładzie bloga – pisanie dla siebie nie wystarczy, potrzeba paru tysięcy unikalnych użytkowników, by ktoś Cię zauważył. Po co ma to robić? Dla kariery, rozpoznawalności, pieniędzy. W jaki sposób to osiągnąć? Poprzez kontrowersję, grę, intrygę. Czysty marketing. I koło się zamyka. Marketing przenosimy na inne dziedziny życia, właściwie każdą dziedzinę. Nawet w seksie. Tu także każdy chce być doskonały.
Dlaczego? Wina naszych czasów? Bo żeby dostać pracę, musisz skończyć studia. Im bardziej prestiżowe, tym lepiej dla Ciebie. Im więcej doświadczeń w swoim długim CV, tym lepsza praca, a czym lepsza praca, tym lepsza płaca. Przenosząc to na płeć piękną - im dłuższe szyny, tym stacja lepsza. Można wymieniać w nieskończoność.
Doskonałość to złuda. Ktoś kiedyś powiedział, że najdoskonalsi są ludzie w swej niedoskonałości. Na ile prawdziwi są ci, którym wydaje się, że doskonałość w każdej dziedzinie stanowi ich sens życia? Gdyby wszystkim dane było po równo ten świat szybko skończyłby się. Pacyfiści powiedzą, że nie mam racji, ponieważ nie byłoby niesprawiedliwości, wojen i takich tam. Oczywiste jest też, że nie byłoby marzeń i pogoni za nimi.
Moja skromna osoba nie mogłaby z pewnością związać się z mężczyzną pragnącym ideału, ponieważ czułaby się przy nim … zestresowana. Winę zwalam na mój częściowy, życiowy luz, nieprzymuszający do zdobywania więcej ponad to, ile sama potrzebuję.
Podsumowując zadam Ci jedno pytanie - czy w najdroższym mieszkaniu, siedząc na najmodniejszej kanapie, w najbardziej lanserskich ubraniach, przy kieliszku najbardziej wytrawnego wina, z najlepszą partią w mieście poczujesz się najszczęśliwszy/a na świecie?
Subskrybuj:
Posty (Atom)