Umówmy się, że mamy dzień dziecka, a że w każdym z nas takowe dziecko tkwi, należy uczcić ten dzień w odpowiedni dla siebie sposób. Idealną ku temu okazją stała się kinowa premiera odświeżonej i uwspółcześnionej baśni Disneya „Śpiąca Królewna”. Produkcja skupiona jest na postaci czarnego charakteru, wróżki Diaboliny, rolę zaś samej producentki i tytułowej postaci objęła Angelina Jolie.
Skąd pomysł, by zasiąść w kinie w tłumie śmiejących się dzieciaków? Po pierwsze – magnetyczna Jolie i ciekawość, w jaki sposób weźmie ona na warsztat postać Diaboliny, stworzoną w latach 50-tych ubiegłego stulecia, kultową nie dla współczesnych dzieciaków lecz właśnie tych, którym baśnie Disneya kształtowały światopogląd i uczyły o tym, że na świecie istnieje dobro i zło. Według mnie stworzenie tego filmu to podołanie sprostaniu oczekiwań nie dzieciaków pokolenia Biebera lecz dorosłych już dziś widzów, którzy tak jak ja, pamiętają każdą postać, a nawet potrafią odtworzyć słowa poszczególnych dialogów. Dla tych, którzy pamiętnej disnejowskiej produkcji i równie pamiętnego polskiego dubbingu (mowa o starej szkole aktorskiej, gdzie używano jeszcze „l” scenicznego) nie znają, fabuła może okazać się normalna, prosta i przewidywalna.
Wróćmy do historii. Przed oczyma widza rozpościera się magiczna, baśniowa kraina, w której dziwne stworki żyją i cieszą się swą egzystencją. Na marginesie brawa dla twórców, grafików i speców od efektów specjalnych, którzy wiedzą, jak wywrzeć piorunujące wrażenie. Państwem ościennym do raju wróżek i żyjących drzew jest kraina, w której panuje zawistny król. Człowiek ten, opanowany rządzą władzy zrobi wszystko, by poszerzyć zakres swych wpływów. Tak oto czysta i niewinna wróżka Diabolina, broniąca swego raju, zostaje zaatakowana i osłabiona, podstępem pozbawiona swych skrzydeł, będących tu symbolem piękna, niezależności i siły. Kto zdobył się na tak straszny czyn? Oczywiście mężczyzna, któremu ufała, pragnący władzy przyszły król, Stefan. W tym momencie widz zapoznaje się z wątkiem, który zna z baśni – w akcie zemsty Diabolina rzuca klątwę na królewską córkę. Fabułę możnaby streścić do jednego ostrzegawczego sformułowania – nie wkurzaj kobiety.
Diabolina nie jest postacią jednoznacznie złą. Mimo chłodu i powściągliwości okazuje się, że tkwi w niej ciepło i matczyna miłość, którą otacza dorastającą Aurorę. Niewierny Stefan, mężczyzna, który zabrał jej wiarę w dobro nie był w stanie zniszczyć do końca tego, czym wróżka kierowała się żyjąc w kniei. Ostatecznie to nie czarujący książę Filip – nie mogłam się oprzeć porównaniu, że to kolejny Justin Bieber – a właśnie Diabolina swym matczynym pocałunkiem budzi księżniczkę ze snu, by razem z Aurorą mogły żyć i panować w swej bajkowej krainie.
Angelina fascynuje mnie nie pierwszy raz. Aktora o wielu twarzach. Rola ta była ogromnym wyzwaniem, gdyż należało zderzyć się z postacią animowaną, wywrzeć na widzu wrażenie, że tę panią gdzieś już widział, a jednocześnie nadać jej nowy szlif, pokazujący jej dobrą naturę. Zaskakującym jest fakt, że oglądając trailer spodziewamy się demona z piekła rodem, tymczasem całość obrazu ukazuje zupełnie inną, niż mogłoby się wydawać postać. Jolie niewątpliwie pomogły przewrotne poczucie humoru postaci, przepiękny makijaż, wydobywający głębię spojrzenia i genialne kostiumy, będące dziełem Polki, Anny Biedrzyckiej-Sheppard. Możemy być naprawdę dumni z rodaczki, gdyż materiały, dodatki, kolory i wzory idealnie oddają charakter postaci. Demoniczna Diabolina przywdziewa skórę, ta łagodna obleka ciało w kolory ziemi, Aurora, delikatna i niewinna, nosi zwiewne szaty w pastelowych kolorach, których nawiązanie do dworskich kostiumów doby średniowiecza klasyfikuje ją jako pannę z dobrego domu. I tutaj mała dygresja. Aurora pozostała postacią drugoplanową. Myślę, że nawet gdyby zamierzenie reżysera było inne, młodziutka Elle Fanning nie miałaby szans w zderzeniu z warsztatem Jolie. Na uwagę zasługują także kreacje wróżek – opiekunek Aurory. Zabawne, roztrzepane, rozgadane i przede wszystkim świetnie „skrojone” pod względem wizualnym.
Film zdobywa różne, niekoniecznie dobre recenzje. Zarzuca mu się brak akcji i baśniową konwencję. Przecież, do cholery, to baśń, więc jak może nie mieć takowej konwencji? Chcecie akcji, obejrzyjcie coś, co ją wam zapewni. Najpiękniejsze w „Maleficent” jest to, że ludzie jak to w baśniach bywa, nie są jednoznacznie dobrzy i popełniają ogrom karygodnych błędów, natomiast siły natury, reprezentowane przez tytułową Diabolinę są czyste, pozbawione ziemskich pragnień o władzy i fortunie. Jednak nawet one, pod wpływem nierozumianego cierpienia popełniają czyny, od których nie ma odwrotu. Dla dzieci fabuła może być dobrym widowiskiem, gdzie ostatecznie wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie, dla dorosłych zaś lekcją, że w każdym z nas tkwią przeciwstawne siły, a najtrudniejsza walka to ta, którą toczymy z samym sobą.
niedziela, 1 czerwca 2014
środa, 28 maja 2014
Nimfomanką być
Ty – Twój największy przyjaciel
Ty- Twój największy wróg
Po tym, jak „Dziennik nimfomanki” Moliny wpisał się na stałe w mój kanon filmów do zapamiętania, sądziłam, że nic innego o podobnej mu tematyce nie będzie w stanie powtórzyć tego sukcesu, ponieważ uważałam, że o sexie językiem filmu da się mówić albo wprost albo symbolicznie. No cóż, byłam ograniczona w swych poglądach. Trochę od niechcenia i trochę z ciekawości sięgnęłam po „Nimfomankę” von Triera, także ze względu na osobowość twórcy, który przyzwyczaił widownię do nieszablonowych ujęć przedstawianych przez siebie problemów.
Mamy dziewczynę o przeciętnym imieniu Joe,chudą nimfę, żadną tam sex bombę. Możesz spotkać podobną już dziś, tu, na ulicy. Sceny miłosne dalekie od tych, które widzisz w fantazjach i tak spore nagromadzenie symboli, że w pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy będę umiała pójść tokiem myślenia von Triera.
Paradoks goni paradoks. Największym jest oczywiście kwestia opowiadania Joe historii swych erotycznych podbojów zwykłemu facetowi w mocno średnim wieku, staremu kawalerowi, którego powierzchowność nijak wskazuje na to, że instrukcję obsługi damskiego ciała ma w jednym (i to dosłownie:P) paluszku. Gdy zaś jegomość się odezwie widz otwiera oczy ze zdumienia. Bardzo szeroko. Widz wcale się nie myli, gdyż pan ten jest mieszanką sprzeczności wiedzy i doświadczeń. Zestawia on historię Kościoła z dążeniem ludzkiego ciała do osiągnięcia perfekcyjnej rozkoszy, brnie ku coraz to bardziej skomplikowanym i niebanalnym porównaniom. Od schizmy kościelnej po chęć osiągania orgazmu, od próby zbliżenia z „czarnym” po dysputę o prawidłowościach demokracji. Tak absurdalne, że aż prawdziwe. Szczyty tego możesz podziwiać w scenie, gdy Joe spotka się z brutalnym i niewinnym z oblicza K., gdzie całość przypomina bardziej wizytę u lekarza niż scenę rodem z filmu sado-maso. Dzięki częstym tego typu spotkaniom Joe traci "życie" partnerki i matki. Mieszanka tak wybuchowa, że cały ten sex, który zważywszy na tytuł obrazu powinien nam się przejadać, w tym momencie spada na drugi plan.
Muzyka, sztuka, matematyka pomiędzy scenami przyprawiającymi o dreszcz nie tylko wielbicielki tyłka Shia LeBaouf. Skojarzenia tak ulotne i delikatne jak ćwierćnuty zagrane staccato. Krótkie ale wyraziste. Wielowątkowość – przywoływanie obrazu Wielkiej Nierządnicy Bailonu lub porównywanie osiągania orgazmu do Wielkiego Objawienia Chrystusa (o zgrozo!) sprawia, że temat rozkoszy cielesnej to temat poważny, żeby nie nazwać go fundamentalnym. Stykamy się ze sztuką, Bogiem, transcendencją, a to rzecz bardzo niebezpieczna, szczególnie w zderzeniu z proponowanym przez reżysera naturalizmem, ironią i lekko czarnym poczuciem humoru.
Matka – nimfomanka? W naszym społeczeństwie macierzyństwo zobowiązuje i decydując się na nie świadomie lub nie przyzwalasz na rezygnację z niektórych aspektów życia. Bo tak należy. Biznesmen – pedofil? Oburzające, a wstyd to jeden z tych mechanizmów, które pozwolą Ci zrobić wszystko w zamian za to, by przedmiot Twego wstydu nigdy nie ujrzał światła dziennego.
Bohaterka traci wszystko, na czym powinno zależeć kobiecie - syna, pracę, uznanie. Próbuje walczyć, eliminując ze swojego życia wszystko, co kojarzyłoby się z niebezpieczną obsesją. Wystarczy jednak niewinny gest, by prawdziwe „ja” ożyło.
Nie pojmiesz tego filmu, jeśli nie znane Ci jest uczucie samotności. Nie, nie, zrozum, że nie mówię o tej samotności, która towarzyszy Ci, gdy nie masz z kim dzielić kolejnego awansu lub wygranej w totka. To ta samotność, która istnieje, mimo, iż w Twoim otoczeniu przebywają życzliwi Ci ludzie, a i tak zdajesz sobie sprawę, że masz przed sobą drogę, którą przejść musisz sam. Wiesz, o czym mówię?
Ty- Twój największy wróg
Po tym, jak „Dziennik nimfomanki” Moliny wpisał się na stałe w mój kanon filmów do zapamiętania, sądziłam, że nic innego o podobnej mu tematyce nie będzie w stanie powtórzyć tego sukcesu, ponieważ uważałam, że o sexie językiem filmu da się mówić albo wprost albo symbolicznie. No cóż, byłam ograniczona w swych poglądach. Trochę od niechcenia i trochę z ciekawości sięgnęłam po „Nimfomankę” von Triera, także ze względu na osobowość twórcy, który przyzwyczaił widownię do nieszablonowych ujęć przedstawianych przez siebie problemów.
Mamy dziewczynę o przeciętnym imieniu Joe,chudą nimfę, żadną tam sex bombę. Możesz spotkać podobną już dziś, tu, na ulicy. Sceny miłosne dalekie od tych, które widzisz w fantazjach i tak spore nagromadzenie symboli, że w pewnym momencie zaczynam się zastanawiać, czy będę umiała pójść tokiem myślenia von Triera.
Paradoks goni paradoks. Największym jest oczywiście kwestia opowiadania Joe historii swych erotycznych podbojów zwykłemu facetowi w mocno średnim wieku, staremu kawalerowi, którego powierzchowność nijak wskazuje na to, że instrukcję obsługi damskiego ciała ma w jednym (i to dosłownie:P) paluszku. Gdy zaś jegomość się odezwie widz otwiera oczy ze zdumienia. Bardzo szeroko. Widz wcale się nie myli, gdyż pan ten jest mieszanką sprzeczności wiedzy i doświadczeń. Zestawia on historię Kościoła z dążeniem ludzkiego ciała do osiągnięcia perfekcyjnej rozkoszy, brnie ku coraz to bardziej skomplikowanym i niebanalnym porównaniom. Od schizmy kościelnej po chęć osiągania orgazmu, od próby zbliżenia z „czarnym” po dysputę o prawidłowościach demokracji. Tak absurdalne, że aż prawdziwe. Szczyty tego możesz podziwiać w scenie, gdy Joe spotka się z brutalnym i niewinnym z oblicza K., gdzie całość przypomina bardziej wizytę u lekarza niż scenę rodem z filmu sado-maso. Dzięki częstym tego typu spotkaniom Joe traci "życie" partnerki i matki. Mieszanka tak wybuchowa, że cały ten sex, który zważywszy na tytuł obrazu powinien nam się przejadać, w tym momencie spada na drugi plan.
Muzyka, sztuka, matematyka pomiędzy scenami przyprawiającymi o dreszcz nie tylko wielbicielki tyłka Shia LeBaouf. Skojarzenia tak ulotne i delikatne jak ćwierćnuty zagrane staccato. Krótkie ale wyraziste. Wielowątkowość – przywoływanie obrazu Wielkiej Nierządnicy Bailonu lub porównywanie osiągania orgazmu do Wielkiego Objawienia Chrystusa (o zgrozo!) sprawia, że temat rozkoszy cielesnej to temat poważny, żeby nie nazwać go fundamentalnym. Stykamy się ze sztuką, Bogiem, transcendencją, a to rzecz bardzo niebezpieczna, szczególnie w zderzeniu z proponowanym przez reżysera naturalizmem, ironią i lekko czarnym poczuciem humoru.
Matka – nimfomanka? W naszym społeczeństwie macierzyństwo zobowiązuje i decydując się na nie świadomie lub nie przyzwalasz na rezygnację z niektórych aspektów życia. Bo tak należy. Biznesmen – pedofil? Oburzające, a wstyd to jeden z tych mechanizmów, które pozwolą Ci zrobić wszystko w zamian za to, by przedmiot Twego wstydu nigdy nie ujrzał światła dziennego.
Bohaterka traci wszystko, na czym powinno zależeć kobiecie - syna, pracę, uznanie. Próbuje walczyć, eliminując ze swojego życia wszystko, co kojarzyłoby się z niebezpieczną obsesją. Wystarczy jednak niewinny gest, by prawdziwe „ja” ożyło.
Nie pojmiesz tego filmu, jeśli nie znane Ci jest uczucie samotności. Nie, nie, zrozum, że nie mówię o tej samotności, która towarzyszy Ci, gdy nie masz z kim dzielić kolejnego awansu lub wygranej w totka. To ta samotność, która istnieje, mimo, iż w Twoim otoczeniu przebywają życzliwi Ci ludzie, a i tak zdajesz sobie sprawę, że masz przed sobą drogę, którą przejść musisz sam. Wiesz, o czym mówię?
niedziela, 25 maja 2014
Wielki come back
Z twórczością blogerską bywa różnie. Musi istnieć pewien faktor, który decyduje o tym, że siadasz przed laptopem lub kartką papieru i tworzysz, wylewasz kawałki siebie (lub też wywalasz cały jad i rozgoryczenie, whatever). Szczerze i otwarcie głoszę, że nigdy nie wiesz, co z tych składników powstanie. To taka trochę kontra dla pracy kucharza czy architekta. Najgorszy z możliwych istniejących stanów to niemoc twórcza. Następuje wtedy, gdy patrzysz w różowy pulpit swojego laptopa i nie widzisz nic prócz słów „keep calm”. Najlepiej tworzy się w chwilach beznadziejnych lub w chwilach skrajnej euforii. Spokojnie, dziś ani jedno ani drugie u mnie nie nastąpiło. Cytując klasyka „jest ch..owo ale stabilnie”. Po ponad półrocznej nieobecności ironia pod kopułą mózgową spiętrzyła się na tyle, że powinna znaleźć jedynie słuszny upust w postaci kolejnych, jeszcze bardziej żenujących tekstów. Drugim, równie arcyważnym powodem powrotu jest świadomość, że ktoś kiedyś odważył się TO czytać.
Czas start. Spostrzegawczy zauważą jakże olbrzymią zmianę w topie strony. Natomiast Ci, którzy choć trochę poznali mą szaleńczą naturę będą znać jej przyczynę.
Żyjesz z dnia na dzień
Owładnięty marzeniem
Że to, co budujesz
Nie jest sennym widzeniem
Że czas może się zatrzymać
Wszystko będzie lepsze
Twe starania to nie sieć
Nie zniknie na wietrze
Czas start. Spostrzegawczy zauważą jakże olbrzymią zmianę w topie strony. Natomiast Ci, którzy choć trochę poznali mą szaleńczą naturę będą znać jej przyczynę.
Żyjesz z dnia na dzień
Owładnięty marzeniem
Że to, co budujesz
Nie jest sennym widzeniem
Że czas może się zatrzymać
Wszystko będzie lepsze
Twe starania to nie sieć
Nie zniknie na wietrze
wtorek, 19 listopada 2013
Słowa, słowa, słowa…
Prowadząc bloga często spotykam się z dwoma pytaniami: „Czy robisz to dla pieniędzy?” oraz „Skąd czerpiesz pomysły na teksty?”. Odpowiedź na pierwsze pytanie zostawię sobie na przyszłość. Co do drugiego, sprawa wygląda banalnie – pomysły biorą się same, z życia. Pewnego pięknego popołudnia, gdy myślałam, że moja wena słabnie pod ikoną gagu-gadu pojawiła się nowa wiadomość. Rozmowa przebiegła mniej więcej w ten sposób:
Ktoś: Hej.
Ja: Hej.
Ktoś: Co słychać?
Ja: A mogę zapytać z kim mam przyjemność?
Ktoś: Dawid.
Ja: A czy my się znamy?
Ktoś: Nie, ale zawsze możemy się poznać.
Ja: Niewątpliwie ale pielęgnuję zasadę, że nie rozmawiam z nieznajomymi. Pozdrawiam.
Ktoś: Ch… Ci w d…ę, Ty k…wo je….na (tutaj szereg epitetów o zabarwieniu zdecydowanie ujemnym)
Ja: Hahaha.
Ktoś: I z czego się cieszysz Ty …. (znów szereg epitetów)
Cieszyłam się, bo co innego? Płakać miałam? Mój interlokutor zbulwersował się odmową, bo przecież takim rycerzom jak on się nie odmawia. Pewnie lepiej byłoby dla niego, bym odpowiedziała mu w równie miły sposób. Byłaby okazja do wyżycia się i rozmowy na odpowiednim dla niego „poziomie”. Nie daję takiej satysfakcji. Nikomu.
Co z kulturą słowa? Czemu dochodzi do sytuacji, w której im bardziej jesteśmy grzeczni i delikatni, tym więcej pomyj wylewa się nam na głowę? Czy spokojem słowa drażnimy?
Drodzy Panowie, czy to nie jest tak, że przy kobietach rozmawiacie często w identyczny sposób, gdy prowadzicie zażartą dyskusję w swoim męskim gronie?
Drogie Panie, czy po to, by wiedzieć, co oznacza słowo „dama” należy zbudować wehikuł czasu?
Nie mylmy szczerości z chamstwem, a chamstwa z asertywnością.
Ktoś: Hej.
Ja: Hej.
Ktoś: Co słychać?
Ja: A mogę zapytać z kim mam przyjemność?
Ktoś: Dawid.
Ja: A czy my się znamy?
Ktoś: Nie, ale zawsze możemy się poznać.
Ja: Niewątpliwie ale pielęgnuję zasadę, że nie rozmawiam z nieznajomymi. Pozdrawiam.
Ktoś: Ch… Ci w d…ę, Ty k…wo je….na (tutaj szereg epitetów o zabarwieniu zdecydowanie ujemnym)
Ja: Hahaha.
Ktoś: I z czego się cieszysz Ty …. (znów szereg epitetów)
Cieszyłam się, bo co innego? Płakać miałam? Mój interlokutor zbulwersował się odmową, bo przecież takim rycerzom jak on się nie odmawia. Pewnie lepiej byłoby dla niego, bym odpowiedziała mu w równie miły sposób. Byłaby okazja do wyżycia się i rozmowy na odpowiednim dla niego „poziomie”. Nie daję takiej satysfakcji. Nikomu.
Co z kulturą słowa? Czemu dochodzi do sytuacji, w której im bardziej jesteśmy grzeczni i delikatni, tym więcej pomyj wylewa się nam na głowę? Czy spokojem słowa drażnimy?
Drodzy Panowie, czy to nie jest tak, że przy kobietach rozmawiacie często w identyczny sposób, gdy prowadzicie zażartą dyskusję w swoim męskim gronie?
Drogie Panie, czy po to, by wiedzieć, co oznacza słowo „dama” należy zbudować wehikuł czasu?
Nie mylmy szczerości z chamstwem, a chamstwa z asertywnością.
poniedziałek, 11 listopada 2013
"Naród wspaniały tylko ludzie..."
Tytuł ten, bedący powszechnie znanym cytatem, lepiej będzie, gdy zostanie niedokończony. A i autora na pewno znacie.
Nic nie poradzę na to, że od dziecka uwielbiam wojskowy sznyt, broń na ramię, werble i czapki rogatywki. Polska symbolika bazuje na kolorze, na muzyce, na pozytywnych, wzniosłych symbolach. Zawsze się wzruszam oglądając defilady i filmy historyczne. Moją idolką nie jest Emilia Plater, a sama nigdy nie należałam do harcerstwa jednak czuję dumę patrząc na to, co mamy, o co walczyliśmy i w jaki sposób to robiliśmy. Mamy bardzo ciekawą i jednocześnie trudną historię, dzięki której możemy wiele się nauczyć, choć sprawa ta jest nam świadomie (lub nie) utrudniana. W polskich szkołach podawane są „suche” fakty historyczne i szczęście miał ten, kto trafił na nauczyciela potrafiącego zainteresować dzieciaka przeszłością jego kraju. Mnie się udało, historię jako przedmiot szkolny uwielbiałam, a będąc dorosłą obywatelką patrzę na nią jako siłę produkcyjną wzorców, zarówno tych dobrych jak i tych karygodnych zachowań.
Kolejno stają do apelu poległych powstańcy styczniowi, listopadowi, śląscy i wielkopolscy, chłopi Kościuszki, legioniści Napoleona, konfederaci barscy, obrońcy Warszawy z 1920 roku, Ci, którzy ginęli na frontach wschodnim, zachodnim w wojnach światowych, błękitna armia Hallera, polegli w walce z reżimem faszystowskim i stalinowskim... Ten korowód zaczyna się w momencie rozdarcia szat przez Rejtana na sejmowym progu, a jego koniec na razie nie jest znany.
Nie potrafimy cieszyć się tym, co mamy. Za to potrafimy skakać po zgliszczach przodków. Każdy przebłysk wolności okupiony jest odpowiednim komentarzem. Bo Piłsudski ideałem człowieka nie był, bo uciekł się do zamachu stanu i tak dalej. Zgodni jesteśmy tylko w dwóch momentach – „bolszewika bij, bij, bij” i „Hitler kaputt”. Nasze polskie pojmowanie wolności z reguły godził zewnętrzny dyktator. I tak do dziś - dowodem prześmiewcze leady w gazetach na temat, czy winna była sosna i że to o jeden samolot za mało.
Nam, Polakom, wydaje się, że tylko obecnie jesteśmy niezgodni co do pojmowania niepodległości państwa. Bzdura. Chłop chciał jeść, pan chciał do polityki. Kobiety chciały do szkół, mężczyźni chcieli kobiet do garów. Na szczęście nie wszyscy, gdyż jako jedne z pierwszych w Europie uzyskałyśmy czynne i bierne prawo wyborcze. Sam marszałek Piłsudski zauważył naszą rodzimą niezgodę i potrafił kwitować ją znanymi dla siebie, dosadnymi stwierdzeniami. W moim mniemaniu i tak mamy lepiej, niż wiek temu, gdyż współcześnie wywodząc się z biednego chłopstwa mamy jakiekolwiek możliwości, by w stanie tym nie pozostać do śmierci.
W dniu święta odzyskania niepodległości życzę nam wszystkim, byśmy nie potrzebowali pomocy „z zewnątrz” do tworzenia spójnej siły i wielkiej siły, którą stanowi polski naród i byśmy słuchali zawsze jednej wersji pieśni „Boże, coś Polskę…”.
Fragment obrazu "Rejtan - upadek Polski" autorstwa Jana Matejki.
Nic nie poradzę na to, że od dziecka uwielbiam wojskowy sznyt, broń na ramię, werble i czapki rogatywki. Polska symbolika bazuje na kolorze, na muzyce, na pozytywnych, wzniosłych symbolach. Zawsze się wzruszam oglądając defilady i filmy historyczne. Moją idolką nie jest Emilia Plater, a sama nigdy nie należałam do harcerstwa jednak czuję dumę patrząc na to, co mamy, o co walczyliśmy i w jaki sposób to robiliśmy. Mamy bardzo ciekawą i jednocześnie trudną historię, dzięki której możemy wiele się nauczyć, choć sprawa ta jest nam świadomie (lub nie) utrudniana. W polskich szkołach podawane są „suche” fakty historyczne i szczęście miał ten, kto trafił na nauczyciela potrafiącego zainteresować dzieciaka przeszłością jego kraju. Mnie się udało, historię jako przedmiot szkolny uwielbiałam, a będąc dorosłą obywatelką patrzę na nią jako siłę produkcyjną wzorców, zarówno tych dobrych jak i tych karygodnych zachowań.
Kolejno stają do apelu poległych powstańcy styczniowi, listopadowi, śląscy i wielkopolscy, chłopi Kościuszki, legioniści Napoleona, konfederaci barscy, obrońcy Warszawy z 1920 roku, Ci, którzy ginęli na frontach wschodnim, zachodnim w wojnach światowych, błękitna armia Hallera, polegli w walce z reżimem faszystowskim i stalinowskim... Ten korowód zaczyna się w momencie rozdarcia szat przez Rejtana na sejmowym progu, a jego koniec na razie nie jest znany.
Nie potrafimy cieszyć się tym, co mamy. Za to potrafimy skakać po zgliszczach przodków. Każdy przebłysk wolności okupiony jest odpowiednim komentarzem. Bo Piłsudski ideałem człowieka nie był, bo uciekł się do zamachu stanu i tak dalej. Zgodni jesteśmy tylko w dwóch momentach – „bolszewika bij, bij, bij” i „Hitler kaputt”. Nasze polskie pojmowanie wolności z reguły godził zewnętrzny dyktator. I tak do dziś - dowodem prześmiewcze leady w gazetach na temat, czy winna była sosna i że to o jeden samolot za mało.
Nam, Polakom, wydaje się, że tylko obecnie jesteśmy niezgodni co do pojmowania niepodległości państwa. Bzdura. Chłop chciał jeść, pan chciał do polityki. Kobiety chciały do szkół, mężczyźni chcieli kobiet do garów. Na szczęście nie wszyscy, gdyż jako jedne z pierwszych w Europie uzyskałyśmy czynne i bierne prawo wyborcze. Sam marszałek Piłsudski zauważył naszą rodzimą niezgodę i potrafił kwitować ją znanymi dla siebie, dosadnymi stwierdzeniami. W moim mniemaniu i tak mamy lepiej, niż wiek temu, gdyż współcześnie wywodząc się z biednego chłopstwa mamy jakiekolwiek możliwości, by w stanie tym nie pozostać do śmierci.
W dniu święta odzyskania niepodległości życzę nam wszystkim, byśmy nie potrzebowali pomocy „z zewnątrz” do tworzenia spójnej siły i wielkiej siły, którą stanowi polski naród i byśmy słuchali zawsze jednej wersji pieśni „Boże, coś Polskę…”.
Fragment obrazu "Rejtan - upadek Polski" autorstwa Jana Matejki.
piątek, 8 listopada 2013
Czas honoru = czas przeszły?
W dniu dzisiejszym do mych uszu dobiegła informacja, że ulubiony i chyba jedyny oglądany przeze mnie regularnie serial „Czas honoru” został uhonorowany nagrodą „Strażnik Pamięci 2013”. Głosy w tej sprawie są podzielone - no jakżeby inaczej. Znawcy i laicy sprzeczają się na temat autentyczności realiów przedstawionych w serialu. Jesteśmy malkontentami i to bardzo zapamiętałymi w tworzeniu swoich opinii. Złe jest to, że postaci są zbyt czyste, zbyt proste, że życie tak nie wyglądało, że okupacja to nie przygoda tylko walka o życie, o honor. A co my tak naprawdę możemy o tym wiedzieć, skoro żadne z nas okupacyjnych działań nie pamięta, a co najciekawsze fundamentalnych dla Polaków dat nie czci?
Śledzę wyniki rozmaitych sond i wywiadów, przeprowadzanych z przechodniami, potencjalnymi odbiorcami mediów. Robione dla szyderstwa społecznego i tysiąca odsłon czy też nie – objawiają, jak mało wiemy o własnej historii. Trochę to bolesne, zwłaszcza, że przed nami kolejne ważne święto, kiedy to czcimy odzyskanie niepodległości po ponad wieku niewoli.
Zdarzyło mi się pewnego razu postawić kilku znajomym osobom pytanie o to, jak rozumieją pojęcie moralne, jakim jest honor. I wiecie co? Nikt nie odpowiedział mi wprost, co to jest. Honor opisywany był przez nich jako pewnego rodzaju duma, upartość, odpowiedzialność… Może my tak naprawdę nie wiemy, czym jest honor, bo nie mieliśmy się okazji przekonać o jego istnieniu na własnej skórze? Jedyne, z czym wszyscy jednocześnie się zgadzali to spostrzeżenie, że honor zawsze występuje tam, gdzie ekstremalne warunki.
Spodziewam się anonimowych ataków z Waszej strony z ironicznym pytaniem, co ja mogę wiedzieć o honorze. Fakt, pewno niewiele, gdyż żyję w tym samym świecie, w którym Wy żyjecie. Nie twierdzę także, że w okresie, gdy Polska została zdominowana przez faszyzm każdy młody mieszkaniec naszej ojczyzny był Cichociemnym. Przeciwstawne cechy takie jak „odważny” i „tchórz” czy „honorowy” i „niehonorowy” towarzyszyły Nam i towarzyszyć będą, ponieważ równanie plus i minus zawsze musi wynosić zero.
Rycerze i pojedynki po rzuconej w twarz rękawicy odeszli w mrok historii, podobnie jak Cichociemni. Nie oceniajmy telewizji za to, że w uproszczony sposób przybliża nam całkiem świeżą jeszcze historię. Widocznie sposób wskazujący na obcowanie z wyższą kulturą nie sprawdza się.
Co dalej z nami, współczesnymi? My oportuniści mamy swój własny, butny honor, do którego wzrostu nie potrzebujemy warunków ekstremalnych.
Cdn.
Na zdjęciu Michał, Władek, Bronek i Janek, czyli czwórka głównych postaci "Czasu honoru".
Śledzę wyniki rozmaitych sond i wywiadów, przeprowadzanych z przechodniami, potencjalnymi odbiorcami mediów. Robione dla szyderstwa społecznego i tysiąca odsłon czy też nie – objawiają, jak mało wiemy o własnej historii. Trochę to bolesne, zwłaszcza, że przed nami kolejne ważne święto, kiedy to czcimy odzyskanie niepodległości po ponad wieku niewoli.
Zdarzyło mi się pewnego razu postawić kilku znajomym osobom pytanie o to, jak rozumieją pojęcie moralne, jakim jest honor. I wiecie co? Nikt nie odpowiedział mi wprost, co to jest. Honor opisywany był przez nich jako pewnego rodzaju duma, upartość, odpowiedzialność… Może my tak naprawdę nie wiemy, czym jest honor, bo nie mieliśmy się okazji przekonać o jego istnieniu na własnej skórze? Jedyne, z czym wszyscy jednocześnie się zgadzali to spostrzeżenie, że honor zawsze występuje tam, gdzie ekstremalne warunki.
Spodziewam się anonimowych ataków z Waszej strony z ironicznym pytaniem, co ja mogę wiedzieć o honorze. Fakt, pewno niewiele, gdyż żyję w tym samym świecie, w którym Wy żyjecie. Nie twierdzę także, że w okresie, gdy Polska została zdominowana przez faszyzm każdy młody mieszkaniec naszej ojczyzny był Cichociemnym. Przeciwstawne cechy takie jak „odważny” i „tchórz” czy „honorowy” i „niehonorowy” towarzyszyły Nam i towarzyszyć będą, ponieważ równanie plus i minus zawsze musi wynosić zero.
Rycerze i pojedynki po rzuconej w twarz rękawicy odeszli w mrok historii, podobnie jak Cichociemni. Nie oceniajmy telewizji za to, że w uproszczony sposób przybliża nam całkiem świeżą jeszcze historię. Widocznie sposób wskazujący na obcowanie z wyższą kulturą nie sprawdza się.
Co dalej z nami, współczesnymi? My oportuniści mamy swój własny, butny honor, do którego wzrostu nie potrzebujemy warunków ekstremalnych.
Cdn.
Na zdjęciu Michał, Władek, Bronek i Janek, czyli czwórka głównych postaci "Czasu honoru".
piątek, 1 listopada 2013
Jak czcimy przeszłość?
Święto Zmarłych, zaduszki, Halloween. W obecnie panującej batalii miedzy Kościołem, a resztą świata o to, w jaki sposób czcić zmarłych łatwo zagubić się w sensie świętowania tego dnia. Notabene, odczepmy się od wszystkich wiedźm i wampirów oraz pukania do drzwi w celu wysępienia słodkości. Uważam, że to co przypełzło z Zachodu należy traktować z lekkim przymrużeniem oka, a strój krwawej Marry zostawić sobie na luźną imprezę w gronie znajomych ale też nie powinno się potępiać tego, że inne nacje w ten sposób czczą pierwszego listopada.
Co kraj, to obyczaj. Może to i szczęście, gdyż ci, którzy obchodzą Halloween nie wiedzą, jak smutne potrafi być nasze Wszystkich Świętych, gdy z ambony huczą Ci, że jutro umrzesz, Twoje marne uczynki zostaną rozliczone, a Ty sam po śmierci nie będziesz mógł się już bronić. Do tego dołóżmy tło w postaci jednego z obrazów Bruegela i już mamy wstrząsający obraz naszej „niebieskiej” przyszłości.
Nie tędy droga. Ten dzień powinien być dla każdego z nas chwilą refleksji nad własnym życiem i życiem tych, których już z nami nie ma. Wspominajmy to, ile dobrego uczynili tu, na tym łez padole, odświeżajmy sytuacje, w których śmiali się i płakali wraz z nami. To, że tworzyli życie, pośrednio kreując nas. Nie nobilitujmy, ale bierzmy przykład, bo nad naszym grobem kiedyś również ktoś stanie. Dla tych wszystkich, dla których historia jako przedmiot szkolny nie miała większego znaczenia, ważną powinna stać się refleksja, że każdy z nas kiedyś stanie się jej częścią.
Zabrzmi to nieco jak czarny humor ale z okazji Święta Zmarłych życzę Wam tego, by kiedyś Wasi potomni i przyjaciele, stojąc nad Waszym grobem nie potrafili zakończyć snucia wspomnień, których udziałem byliście i by dało im to motywację do kreowania własnej przyszłości.
Czcijmy pamięć bliskich zmarłych i cieszmy się życiem. Nawet w stroju wampira.
Co kraj, to obyczaj. Może to i szczęście, gdyż ci, którzy obchodzą Halloween nie wiedzą, jak smutne potrafi być nasze Wszystkich Świętych, gdy z ambony huczą Ci, że jutro umrzesz, Twoje marne uczynki zostaną rozliczone, a Ty sam po śmierci nie będziesz mógł się już bronić. Do tego dołóżmy tło w postaci jednego z obrazów Bruegela i już mamy wstrząsający obraz naszej „niebieskiej” przyszłości.
Nie tędy droga. Ten dzień powinien być dla każdego z nas chwilą refleksji nad własnym życiem i życiem tych, których już z nami nie ma. Wspominajmy to, ile dobrego uczynili tu, na tym łez padole, odświeżajmy sytuacje, w których śmiali się i płakali wraz z nami. To, że tworzyli życie, pośrednio kreując nas. Nie nobilitujmy, ale bierzmy przykład, bo nad naszym grobem kiedyś również ktoś stanie. Dla tych wszystkich, dla których historia jako przedmiot szkolny nie miała większego znaczenia, ważną powinna stać się refleksja, że każdy z nas kiedyś stanie się jej częścią.
Zabrzmi to nieco jak czarny humor ale z okazji Święta Zmarłych życzę Wam tego, by kiedyś Wasi potomni i przyjaciele, stojąc nad Waszym grobem nie potrafili zakończyć snucia wspomnień, których udziałem byliście i by dało im to motywację do kreowania własnej przyszłości.
Czcijmy pamięć bliskich zmarłych i cieszmy się życiem. Nawet w stroju wampira.
piątek, 25 października 2013
Czy już nic nas nie zdziwi?
Gdy dzieje się coś takiego, co wywołuje na Twojej twarzy efekt wielkich oczu, szczęka jest blisko podłogi, a z ust wydobywa się :”No co Ty?” zwykle szybko otrząsasz się z emocji i mówisz: „W sumie to było do przewidzenia, już nic mnie nie zdziwi”. Kłamiesz, bo Twoja mimika i reakcja wskazują zgoła na coś odwrotnego. Uważam, że w Polsce, w kraju, w którym przyszło nam żyć, od lat istnieje mnóstwo aspektów życia, które dzięki swej powtarzalności zasługują na miano utartych schematów, a mimo wszystko nadal dziwią. Oto moje ulubione.
„To ona z NIM?!” To tak zwane tematy społeczno - obyczajowe. Dziwimy się wciąż i nadal, że ona brzydka a on ładny, on bogaty, a ona biedna, a sąsiad z naprzeciwka pije, choć nie wygląda i wymieniamy sterty przymiotników, łatek, obrabiamy tyłki, bo lubimy mówić, wnikać i dostrzegać, zwłaszcza, gdy naprawdę o kimś lub o czymś nie wiemy kompletnie nic.
„Wolności słowa nie ma” A czy tak naprawdę kiedykolwiek była? Moim skromnym zdaniem nie istnieje takie pojęcie jak „wolne media”. Media to środki masowego przekazu, będące bytem niesamoistnym, należącym do grupy lub jednostki. A idąc tym tokiem myślenia, każda jednostka w miarę cywilizowana wyraża jakieś poglądy. A skoro wyraża poglądy wiadomym jest, że stanowisko opozycyjne do jego własnego może się „bujać”. I bądź tu niezależnym dziennikarzem. I bądź tu niezależnym, nieinteresującym się żadną opcją polityczną człowiekiem. I bądź tu Kubą Wojewódzkim, którego ktoś zapragnął osadzić w mentalności arabskiej żony. I już obojętne mi jest to, czy showman został oparzony kwasem, czy oblany zwykłym g***em. Pointa brzmi: wolności słowa nie ma.
„Złodziejstwo w biały dzień” Zdanie to brzmi prawie jak porzekadło i rozumiane jest w sposób daleki od dosłownego w każdej części kraju. Wypowiadając je każdy chyba rozumie, o co tak naprawdę w nim chodzi. Władza po coś została stworzona. Stworzył ją w całej swej próżności człowiek. Nie rozpościeraj wizji przyszłości, w której będzie żyło Ci się spokojnie, bezstresowo. Po to ktoś pracuje, by rządzić mógł ktoś.
„Korupcja jest wszędzie” I nadal Cię to dziwi? Nasza mentalność od wiek wieków funkcjonuje w identyczny sposób. Mama nauczyła się od dziadka, dziadek od pradziadka. Tak się to kręci. Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby przerwać nagle strumień uprzejmości i mierzyć wszystkich miarą, na którą sami sobie zapracowali. Czuję, że większość więzi rodzinnych nagle gwałtownie mogłaby osłabnąć.
„…bo się nie da” Moje ulubione, polskie zdanie. Dziwi mnie tym mocniej, im częściej poznaję ludzi młodych, zdrowych, inteligentnych. Kiedy mówią, a robią to z pretensją i wyrzutami do całego świata, że coś się nie da, oczyma swojej wyobraźni widzę wielki, zakrwawiony topór, który spada im centralnie na głowę. Jeśli w Twym umyśle kiełkuje pomysł, masz marzenia, pasje i swoje cele nie mów, że się nie da. Walcz metodą małych kroczków. Lepiej próbować i żałować niż nie próbować i umrzeć z tym samym żalem. Ale dość, to już temat na zupełnie inny wpis.
PS: Osobiście nie przestaje mnie dziwić to, że faceci oglądają się za dziewczynami bez mocnego makijażu i w sportowych ubraniach. Czyżby reewolucja?
„To ona z NIM?!” To tak zwane tematy społeczno - obyczajowe. Dziwimy się wciąż i nadal, że ona brzydka a on ładny, on bogaty, a ona biedna, a sąsiad z naprzeciwka pije, choć nie wygląda i wymieniamy sterty przymiotników, łatek, obrabiamy tyłki, bo lubimy mówić, wnikać i dostrzegać, zwłaszcza, gdy naprawdę o kimś lub o czymś nie wiemy kompletnie nic.
„Wolności słowa nie ma” A czy tak naprawdę kiedykolwiek była? Moim skromnym zdaniem nie istnieje takie pojęcie jak „wolne media”. Media to środki masowego przekazu, będące bytem niesamoistnym, należącym do grupy lub jednostki. A idąc tym tokiem myślenia, każda jednostka w miarę cywilizowana wyraża jakieś poglądy. A skoro wyraża poglądy wiadomym jest, że stanowisko opozycyjne do jego własnego może się „bujać”. I bądź tu niezależnym dziennikarzem. I bądź tu niezależnym, nieinteresującym się żadną opcją polityczną człowiekiem. I bądź tu Kubą Wojewódzkim, którego ktoś zapragnął osadzić w mentalności arabskiej żony. I już obojętne mi jest to, czy showman został oparzony kwasem, czy oblany zwykłym g***em. Pointa brzmi: wolności słowa nie ma.
„Złodziejstwo w biały dzień” Zdanie to brzmi prawie jak porzekadło i rozumiane jest w sposób daleki od dosłownego w każdej części kraju. Wypowiadając je każdy chyba rozumie, o co tak naprawdę w nim chodzi. Władza po coś została stworzona. Stworzył ją w całej swej próżności człowiek. Nie rozpościeraj wizji przyszłości, w której będzie żyło Ci się spokojnie, bezstresowo. Po to ktoś pracuje, by rządzić mógł ktoś.
„Korupcja jest wszędzie” I nadal Cię to dziwi? Nasza mentalność od wiek wieków funkcjonuje w identyczny sposób. Mama nauczyła się od dziadka, dziadek od pradziadka. Tak się to kręci. Czasami zastanawiam się, co by było, gdyby przerwać nagle strumień uprzejmości i mierzyć wszystkich miarą, na którą sami sobie zapracowali. Czuję, że większość więzi rodzinnych nagle gwałtownie mogłaby osłabnąć.
„…bo się nie da” Moje ulubione, polskie zdanie. Dziwi mnie tym mocniej, im częściej poznaję ludzi młodych, zdrowych, inteligentnych. Kiedy mówią, a robią to z pretensją i wyrzutami do całego świata, że coś się nie da, oczyma swojej wyobraźni widzę wielki, zakrwawiony topór, który spada im centralnie na głowę. Jeśli w Twym umyśle kiełkuje pomysł, masz marzenia, pasje i swoje cele nie mów, że się nie da. Walcz metodą małych kroczków. Lepiej próbować i żałować niż nie próbować i umrzeć z tym samym żalem. Ale dość, to już temat na zupełnie inny wpis.
PS: Osobiście nie przestaje mnie dziwić to, że faceci oglądają się za dziewczynami bez mocnego makijażu i w sportowych ubraniach. Czyżby reewolucja?
niedziela, 20 października 2013
Nie lubię zamienników
Wmawiają mi, że można prościej, taniej, skuteczniej, że dla wszystkiego w naszym świecie można znaleźć zamiennik. Wyroby czekoladopodobne mają smak czekolady, piwo bezalkoholowe pachnie chmielem, a elektronicznym papierosem zaciągniesz się dwa razy mocniej, niż tym, na którego opakowaniu ostrzegano Cię przed chorobą serca i nowotworem.
Wmawiają mi, że zamienniki są zdrowsze, tańsze, zapewnią mi świetne samopoczucie, a co za tym idzie idealne życie. Moda na „spożywcze” zamienniki spotyka się z wielką sympatią i przenika tam, gdzie nie powinna. Ja jednak nie dam się złudzić i omamić. Kawa ma mieć gorzkawy smak, ubranie leżeć tak, bym czuła się komfortowo, a emocje powinny wywoływać dreszcze i łzy.
Wmawiają mi, że mamy w życiu niezliczoną ilość opcji, że mogę próbować, testować i kosztować do bólu, póki starczy mi siły, weny i czasu.
Wmawiają mi też, że tak samo dzieje się z ludźmi. Poznaję kolejnego i kolejnego, kocham, mam wszystko, jestem bogata cieleśnie i duchowo. Jesteśmy jak parka lalek Barbie – zawsze piękni, młodzi, fajnie ubrani, z niekończącymi się perspektywami. Czasami odrywa nam się ręka lub głowa, jak to z lalkami bywa.
Wmawiają mi, że zepsutą lalkę powinnam wrzucić do śmieci. Rynek pełen jest nowości, znajdę kolejną, podobną i znów będę najszczęśliwsza ze szczęśliwych. A ja nie wiem, czy wyrzucić mojego biednego Kena do śmieci czy próbować go naprawić. Ileż razy można naprawiać tę samą lalkę?
Wmawiają mi, że człowiek nie może być zamiennikiem, zwykłą opcją. Mamy duszę, szanujemy się i ratujemy cudze życia.
Wniosek: Hipokrytów nie lubię. Zamienników również.
Wmawiają mi, że zamienniki są zdrowsze, tańsze, zapewnią mi świetne samopoczucie, a co za tym idzie idealne życie. Moda na „spożywcze” zamienniki spotyka się z wielką sympatią i przenika tam, gdzie nie powinna. Ja jednak nie dam się złudzić i omamić. Kawa ma mieć gorzkawy smak, ubranie leżeć tak, bym czuła się komfortowo, a emocje powinny wywoływać dreszcze i łzy.
Wmawiają mi, że mamy w życiu niezliczoną ilość opcji, że mogę próbować, testować i kosztować do bólu, póki starczy mi siły, weny i czasu.
Wmawiają mi też, że tak samo dzieje się z ludźmi. Poznaję kolejnego i kolejnego, kocham, mam wszystko, jestem bogata cieleśnie i duchowo. Jesteśmy jak parka lalek Barbie – zawsze piękni, młodzi, fajnie ubrani, z niekończącymi się perspektywami. Czasami odrywa nam się ręka lub głowa, jak to z lalkami bywa.
Wmawiają mi, że zepsutą lalkę powinnam wrzucić do śmieci. Rynek pełen jest nowości, znajdę kolejną, podobną i znów będę najszczęśliwsza ze szczęśliwych. A ja nie wiem, czy wyrzucić mojego biednego Kena do śmieci czy próbować go naprawić. Ileż razy można naprawiać tę samą lalkę?
Wmawiają mi, że człowiek nie może być zamiennikiem, zwykłą opcją. Mamy duszę, szanujemy się i ratujemy cudze życia.
Wniosek: Hipokrytów nie lubię. Zamienników również.
czwartek, 10 października 2013
10 najlepszych, polskich piosenek
Pewnego dnia stwierdziła, że wszystko, co najlepsze już za nią. Przyszła rutyna, złuda, maniera oraz chciwość, a złote czasy odeszły w niepamięć. I postanowiła umrzeć. Polska muzyka.
Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką ludzie z mojego otoczenia grali na instrumentach, z których najczęstszym była gitara. To nie najnowsze modele lecz te, które były obklejone i porysowane, miały ducha. Po ulicy chodzili faceci w prawdziwych skórach i z długimi włosami. Czuć było luz lat 90-tych, choć miałam prawo nie rozpoznawać go i nie rozumieć. Mniej pędu, więcej refleksji. Prawdą jest, że każdy ma takich idoli, jakich sobie wychowa. Jakie czasy, taka muzyka. Dziś brak w niej poetyckości, są za to dobitne słowa i szybkie tempo. Różnorodna, a jednocześnie tak powtarzalna i przewidywalna jest nasza rodzima twórczość.
Dziś chcę Wam zaprezentować moje ulubione, polskie szlagiery. Nie znajdziecie tu utworów wtórnych oraz Hip-hopu. Mimo, iż niektórych twórców tego nurtów szczerze podziwiam, to jednak nie nadam im rangi kultowych. Należę do pokolenia MTV, więc wybór wydaje się być logiczny.
Ania Dąbrowska – Musisz wierzyć
To nie jedyna piosenka wokalistki, którą uwielbiam. Delikatny wokal, idealny do oddania gamy uczuć, jakie przedstawia ta piosenka. Smutna i optymistyczna zarazem. Nie jest to prosta muzyka. Oscyluje w rejestrach, gdzie przeciętny wokalista powinien czuć się pewnie. Bez wzniosłych gór i spadków. Dodatkowy szacunek za inspirację latami 60tymi. Nobel za cover, który emocjonalnie pobije Anię. Ania - Musisz wierzyć
Myslovitz – Chciałbym umrzeć z miłości
Wrażliwość Artura Rojka porównać mogę pewnie jedynie do tej, jaką reprezentuje Chris Martin z Coldplay. Niesamowity utwór, bardziej wypowiedziany, niż wyśpiewany. Jest w nim wszystko, czego można oczekiwać od lekko dołującej ballady o miłości. Cholernie ciężko będzie umrzeć z miłości. Szkoda. Myslovitz - Chciałbym umrzeć z miłości
Maanam – Cykady na cykladach
Nie ma za bardzo nad czym się głowić. Żeby tak śpiewać utwór, który teoretycznie jest o niczym, trzeba posiadać kawał dobrego instrumentu. I doskonałą dykcję. Dla mnie numer sztandarowy, po takich brzmieniach rozpoznaje się estetykę Maanamu.Maanam - Cykady na cykladach
Varius Manx - Ruchome piaski
Cholernie życiowy tekst i po raz kolejny niezapomniane lata 90-te. Gdy dorastałam, piosenka kojarzyła mi się z wszystkimi polskimi, dobrymi filmami, z których poprzedni nigdy nie przypominał kolejnego (tak, do naszej współczesności piję). Takie rejestry, w jakich bawi się Kasia Stankiewicz mają budzić emocje. I budzą, choć dziś z zupełnie innych powodów. Ale to zachowam już tylko dla siebie.Varius Manx - Ruchome piaski
Akurat do prostego człowieka
Julianowi Tuwimowi udało się stworzyć tekst, który mimo znacznego upływu czasu ani trochę nie stracił ze swego przesłania. Obecnie daleko nam do dekadentów ale nadal wiemy, że „nasza jest krew, a ich jest nafta”. Grupa Akurat podjęła się wyśpiewać ten manifest i wyszło im to na plus. Mieszanka ska, punka i rocka w Polsce zadomowiła się na stałe. Dobre frazowanie i przejmujący głos wokalisty sprawiają, że ilekroć słucham tego utworu odczuwam tuwimowską, społeczną niesprawiedliwość. Akurat - Do prostego człowieka
Kasia Stankiewicz – Schyłek lata
W zestawieniu kolejny raz pojawia się Kasia Stankiewicz, tym razem solo. Piosenka o zabarwieniu nieco chilloutowym, podobnie jak teledysk. Idealna dla zakochanych i do rozmyślania. O ile jesteście choć trochę romantykami. Jeśli nie – odpuście sobie (i tak nie skumacie) i przejdźcie do „Suki” Chylińskiej.Kasia Stankiewicz - Schyłek lata
Chylińska Suka
Agnieszki w wersji blond nie kupuję. Może i macierzyństwo zmienia ludzi ale tak naprawdę to show business i wymagania grupy ITI kreują dzisiejszą Agę. Zarabiać w kryzysie trzeba w każdy możliwy sposób. Osobiście uwielbiam cały album, z którego pochodzi ten numer. Bezkompromisowość, pewność siebie, bunt, rozdarcie, a jednocześnie ogromna wrażliwość i czułe serducho. To wszystko oddaje głos Agi, która potrafi warknąć, jak należy ale i podrasować nuty delikatnym wibratem. Chylińska - Suka
Hey – Cisza, ja i czas
Genialna autorka tekstu, niechlujny, powiedzmy – hipsterski wokal – prostota, prawdziwość i normalność tekstu nie do opisania. Magiczne umiejętności Nosowskiej to nie tworzenie Bóg wie jakiej liryki, lecz pisanie w kilku słowach o rzeczach, z którymi żyjemy. Lekkie ale elektryzujące, gitarowe riffy, „pa, pa, pa” w refrenie i już mamy hit. I to nie jeden. Na muzyce Hey wychowuje się już kolejne pokolenie. Bo kto nie lubił sobie sam na sam ponucić, wypić kawkę i troszkę zajarać, gdy rodzice nie widzieli? Hey - Cisza, ja i czas
Wilki - Cień w dolinie mgieł
Zdeklarowaną fanką zespołu jestem od roku 2003, gdy zakupiłam wydany wtedy album „4” jeszcze na … kasecie magnetofonowej. Barwa głosu Gawlińskiego totalnie mną zawładnęła i trwa to po dziś dzień. Posiadam całą dyskografię zespołu i trudno wybrać mi jedną, ulubioną piosenkę. Wilki nie znają słowa „powtarzalność”. To, co ujmuje mnie w ich muzyce to psychodeliczny klimat, przywoływanie obcych kultur, cudów, bogów i nawiązanie do ducha natury. W głosie Roberta znajduję wiecznego chłopca, romantyka i punkowego wariata. I niepokój o to, co zrobimy ze swym życiem, wybierając właściwą drogę.Wilki - Cień w dolinie mgieł
Lady Pank – Kryzysowa narzeczona
Pierwsze skojarzenie z piosenką to … pupa pani, występującej w teledyskuw postrzępionych spodenkach jeansowych przemykająca pomiędzy regałami w supermarkecie. Troche to taki powiew buntu i amerykańszczyzny, do której tęskniliśmy w siermiężnych czasach PRL-u. O co tu chodzi? Autor tekstu kryje się przed cenzurą, kpi sobie z rzeczywistości czy po prostu ma pretensje? „Kryzysowa narzeczona” w kontekście współczesności może budzić tak zwany „uśmiech pod wąsem z lekkim przekąsem”. W końcu wiąż żyjemy w kryzysie i wciąż w niewoli, tyle, że banknota.Lady Pank - Kryzysowa narzeczona
Trzy noce z deszczem
To żadne zaskoczenie, że znów nawołuję do twórczości lidera Wilków. Jedyny wokalista, którego utwory pomagają w chwili przypływu szczęścia i rozpaczy. Na płycie „Solo” wydaje się być on jeszcze bardziej przejmujący, bogatszy o nowe, życiowe doświadczenia. Piosenka mająca wymiar delikatnie mistyczny, uczuciowy jak nigdy dotąd. Polecam nie tylko słuchać ale i wnikliwie oglądać teledysk, gdzie wokalista występuje razem ze swoją żoną, Moniką. Osoba Gawlińskiego to doskonały przykład na to, że nie wykształcenie, a prawdziwa pasja umożliwia odniesie sukcesu.Gawliński - Trzy noce z deszczem
Pamiętam, że gdy byłam małą dziewczynką ludzie z mojego otoczenia grali na instrumentach, z których najczęstszym była gitara. To nie najnowsze modele lecz te, które były obklejone i porysowane, miały ducha. Po ulicy chodzili faceci w prawdziwych skórach i z długimi włosami. Czuć było luz lat 90-tych, choć miałam prawo nie rozpoznawać go i nie rozumieć. Mniej pędu, więcej refleksji. Prawdą jest, że każdy ma takich idoli, jakich sobie wychowa. Jakie czasy, taka muzyka. Dziś brak w niej poetyckości, są za to dobitne słowa i szybkie tempo. Różnorodna, a jednocześnie tak powtarzalna i przewidywalna jest nasza rodzima twórczość.
Dziś chcę Wam zaprezentować moje ulubione, polskie szlagiery. Nie znajdziecie tu utworów wtórnych oraz Hip-hopu. Mimo, iż niektórych twórców tego nurtów szczerze podziwiam, to jednak nie nadam im rangi kultowych. Należę do pokolenia MTV, więc wybór wydaje się być logiczny.
Ania Dąbrowska – Musisz wierzyć
To nie jedyna piosenka wokalistki, którą uwielbiam. Delikatny wokal, idealny do oddania gamy uczuć, jakie przedstawia ta piosenka. Smutna i optymistyczna zarazem. Nie jest to prosta muzyka. Oscyluje w rejestrach, gdzie przeciętny wokalista powinien czuć się pewnie. Bez wzniosłych gór i spadków. Dodatkowy szacunek za inspirację latami 60tymi. Nobel za cover, który emocjonalnie pobije Anię. Ania - Musisz wierzyć
Myslovitz – Chciałbym umrzeć z miłości
Wrażliwość Artura Rojka porównać mogę pewnie jedynie do tej, jaką reprezentuje Chris Martin z Coldplay. Niesamowity utwór, bardziej wypowiedziany, niż wyśpiewany. Jest w nim wszystko, czego można oczekiwać od lekko dołującej ballady o miłości. Cholernie ciężko będzie umrzeć z miłości. Szkoda. Myslovitz - Chciałbym umrzeć z miłości
Maanam – Cykady na cykladach
Nie ma za bardzo nad czym się głowić. Żeby tak śpiewać utwór, który teoretycznie jest o niczym, trzeba posiadać kawał dobrego instrumentu. I doskonałą dykcję. Dla mnie numer sztandarowy, po takich brzmieniach rozpoznaje się estetykę Maanamu.Maanam - Cykady na cykladach
Varius Manx - Ruchome piaski
Cholernie życiowy tekst i po raz kolejny niezapomniane lata 90-te. Gdy dorastałam, piosenka kojarzyła mi się z wszystkimi polskimi, dobrymi filmami, z których poprzedni nigdy nie przypominał kolejnego (tak, do naszej współczesności piję). Takie rejestry, w jakich bawi się Kasia Stankiewicz mają budzić emocje. I budzą, choć dziś z zupełnie innych powodów. Ale to zachowam już tylko dla siebie.Varius Manx - Ruchome piaski
Akurat do prostego człowieka
Julianowi Tuwimowi udało się stworzyć tekst, który mimo znacznego upływu czasu ani trochę nie stracił ze swego przesłania. Obecnie daleko nam do dekadentów ale nadal wiemy, że „nasza jest krew, a ich jest nafta”. Grupa Akurat podjęła się wyśpiewać ten manifest i wyszło im to na plus. Mieszanka ska, punka i rocka w Polsce zadomowiła się na stałe. Dobre frazowanie i przejmujący głos wokalisty sprawiają, że ilekroć słucham tego utworu odczuwam tuwimowską, społeczną niesprawiedliwość. Akurat - Do prostego człowieka
Kasia Stankiewicz – Schyłek lata
W zestawieniu kolejny raz pojawia się Kasia Stankiewicz, tym razem solo. Piosenka o zabarwieniu nieco chilloutowym, podobnie jak teledysk. Idealna dla zakochanych i do rozmyślania. O ile jesteście choć trochę romantykami. Jeśli nie – odpuście sobie (i tak nie skumacie) i przejdźcie do „Suki” Chylińskiej.Kasia Stankiewicz - Schyłek lata
Chylińska Suka
Agnieszki w wersji blond nie kupuję. Może i macierzyństwo zmienia ludzi ale tak naprawdę to show business i wymagania grupy ITI kreują dzisiejszą Agę. Zarabiać w kryzysie trzeba w każdy możliwy sposób. Osobiście uwielbiam cały album, z którego pochodzi ten numer. Bezkompromisowość, pewność siebie, bunt, rozdarcie, a jednocześnie ogromna wrażliwość i czułe serducho. To wszystko oddaje głos Agi, która potrafi warknąć, jak należy ale i podrasować nuty delikatnym wibratem. Chylińska - Suka
Hey – Cisza, ja i czas
Genialna autorka tekstu, niechlujny, powiedzmy – hipsterski wokal – prostota, prawdziwość i normalność tekstu nie do opisania. Magiczne umiejętności Nosowskiej to nie tworzenie Bóg wie jakiej liryki, lecz pisanie w kilku słowach o rzeczach, z którymi żyjemy. Lekkie ale elektryzujące, gitarowe riffy, „pa, pa, pa” w refrenie i już mamy hit. I to nie jeden. Na muzyce Hey wychowuje się już kolejne pokolenie. Bo kto nie lubił sobie sam na sam ponucić, wypić kawkę i troszkę zajarać, gdy rodzice nie widzieli? Hey - Cisza, ja i czas
Wilki - Cień w dolinie mgieł
Zdeklarowaną fanką zespołu jestem od roku 2003, gdy zakupiłam wydany wtedy album „4” jeszcze na … kasecie magnetofonowej. Barwa głosu Gawlińskiego totalnie mną zawładnęła i trwa to po dziś dzień. Posiadam całą dyskografię zespołu i trudno wybrać mi jedną, ulubioną piosenkę. Wilki nie znają słowa „powtarzalność”. To, co ujmuje mnie w ich muzyce to psychodeliczny klimat, przywoływanie obcych kultur, cudów, bogów i nawiązanie do ducha natury. W głosie Roberta znajduję wiecznego chłopca, romantyka i punkowego wariata. I niepokój o to, co zrobimy ze swym życiem, wybierając właściwą drogę.Wilki - Cień w dolinie mgieł
Lady Pank – Kryzysowa narzeczona
Pierwsze skojarzenie z piosenką to … pupa pani, występującej w teledyskuw postrzępionych spodenkach jeansowych przemykająca pomiędzy regałami w supermarkecie. Troche to taki powiew buntu i amerykańszczyzny, do której tęskniliśmy w siermiężnych czasach PRL-u. O co tu chodzi? Autor tekstu kryje się przed cenzurą, kpi sobie z rzeczywistości czy po prostu ma pretensje? „Kryzysowa narzeczona” w kontekście współczesności może budzić tak zwany „uśmiech pod wąsem z lekkim przekąsem”. W końcu wiąż żyjemy w kryzysie i wciąż w niewoli, tyle, że banknota.Lady Pank - Kryzysowa narzeczona
Trzy noce z deszczem
To żadne zaskoczenie, że znów nawołuję do twórczości lidera Wilków. Jedyny wokalista, którego utwory pomagają w chwili przypływu szczęścia i rozpaczy. Na płycie „Solo” wydaje się być on jeszcze bardziej przejmujący, bogatszy o nowe, życiowe doświadczenia. Piosenka mająca wymiar delikatnie mistyczny, uczuciowy jak nigdy dotąd. Polecam nie tylko słuchać ale i wnikliwie oglądać teledysk, gdzie wokalista występuje razem ze swoją żoną, Moniką. Osoba Gawlińskiego to doskonały przykład na to, że nie wykształcenie, a prawdziwa pasja umożliwia odniesie sukcesu.Gawliński - Trzy noce z deszczem
piątek, 4 października 2013
Za co kochamy „Sex w wielkim mieście”?
To niebywałe ale po opublikowaniu cytatu, wypowiedzianego w jednym z odcinków serialu przez Carrie, dotyczącego samotności i kupowania butów, na moim faceboookowym wallu, od razu status ten zalajkowało kilka kobiet. I jeden facet.
Serial uchodzić powinien za całkiem przeciętny, jakich Ameryka wyprodukowała setki. Scenariusz, fakt, na podstawie powieści, ale nie zawiera nic, co mogłoby nosić znamiona odkrycia - życie współczesnych, trzydziestoletnich kobiet. Jednak cholernie wciągające życie mają cztery przyjaciółki z New York City. Kochamy je za to, w czym do nas są podobne oraz za to, czego nie mamy, a chciałybyśmy. Te kobiety są od siebie totalnie różne. Romantyczka, intelektualistka, spec od PR i zakręcona felietonistka. Chcąc, nie chcąc, utożsamiam się z tą ostatnią, Carrie, która kocha pisać, a jej przemyślenia momentami są, mam wrażenie, wyciągnięte z mojej głowy. Założę się, że niejedna z Was czuje się też Charlottą i Mirandą lub (czego Wam życzę) Samanthą.
Te kobiety mają prawie wszystko. A my im trochę zazdrościmy tej lekkości życia i wydawania pieniędzy na szpilki od Blahnika. I niejednokrotnie kretyńskich, ale zabawnych przygód, podczas których mówią jedno, a robią drugie. I tego, że mają o czym opowiadać, z kim się spotykać i ciągle im mało życia. I pewnie jeszcze tego, że żyją totalnie innym światem, z amerykańskim akcentem, żółtymi taksówkami i kawą pitą wprost z ulicy. Aaa, nie wolno też zapomnieć o ich inspirujących, modowych wariacjach. Kultowy już serial dziś nie wzbudza większych emocji. Homoseksualiści, zdrady, trójkąty i rozmawianie o sexie wprost nie robi na nas większego wrażenia. Co innego w latach 90tych, gdy zaczęto jego produkcję. Wyobrażam sobie reakcje telewidzów, gdy Samantha opisuje przyjaciółkom smak spermy swojego nowego kochanka.
Osobiście serial ten uwielbiam za dwie sprawy. Pierwszą są oczywiście nieprzewidywalne bohaterki, którym daleko do ideału, które popełniają gafę za gafą i na własne życzenie stawiają się w kłopotliwych sytuacjach (skąd my to znamy, co?) oraz trafne dialogi i pointy, jakie stawia Carrie na końcu każdego ze swych felietonów. Poniżej moje ulubione cytaty z serialu:
Codziennie miliony ludzi cierpią na monogamię. Nie ma wynalezionego lekarstwa.
Czy my jesteśmy po prostu romantyczni inaczej, czy jesteśmy dziwkami?
Dlaczego pozwalamy, by to, czego nie mamy, psuło nam radość z tego, co mamy?
Jaja są dla faceta tym, czym torebki dla kobiet.
Czym jest uczciwość? Może za bardzo ją cenimy? Może wyznanie prawdy jest szczytem egoizmu, sposobem na rozgrzeszenie kosztem bólu zadanego drugiemu człowiekowi?
Nie da się uniknąć trójkąta. Nawet jeżeli jesteś jedyną osobą w łóżku, zawsze ktoś był w nim przed tobą.
Wszechświat może nie gra z nami fair, za to ma ogromne poczucie humoru.
Miłość to jedyna marka, która nigdy nie wychodzi z mody.
Serial uchodzić powinien za całkiem przeciętny, jakich Ameryka wyprodukowała setki. Scenariusz, fakt, na podstawie powieści, ale nie zawiera nic, co mogłoby nosić znamiona odkrycia - życie współczesnych, trzydziestoletnich kobiet. Jednak cholernie wciągające życie mają cztery przyjaciółki z New York City. Kochamy je za to, w czym do nas są podobne oraz za to, czego nie mamy, a chciałybyśmy. Te kobiety są od siebie totalnie różne. Romantyczka, intelektualistka, spec od PR i zakręcona felietonistka. Chcąc, nie chcąc, utożsamiam się z tą ostatnią, Carrie, która kocha pisać, a jej przemyślenia momentami są, mam wrażenie, wyciągnięte z mojej głowy. Założę się, że niejedna z Was czuje się też Charlottą i Mirandą lub (czego Wam życzę) Samanthą.
Te kobiety mają prawie wszystko. A my im trochę zazdrościmy tej lekkości życia i wydawania pieniędzy na szpilki od Blahnika. I niejednokrotnie kretyńskich, ale zabawnych przygód, podczas których mówią jedno, a robią drugie. I tego, że mają o czym opowiadać, z kim się spotykać i ciągle im mało życia. I pewnie jeszcze tego, że żyją totalnie innym światem, z amerykańskim akcentem, żółtymi taksówkami i kawą pitą wprost z ulicy. Aaa, nie wolno też zapomnieć o ich inspirujących, modowych wariacjach. Kultowy już serial dziś nie wzbudza większych emocji. Homoseksualiści, zdrady, trójkąty i rozmawianie o sexie wprost nie robi na nas większego wrażenia. Co innego w latach 90tych, gdy zaczęto jego produkcję. Wyobrażam sobie reakcje telewidzów, gdy Samantha opisuje przyjaciółkom smak spermy swojego nowego kochanka.
Osobiście serial ten uwielbiam za dwie sprawy. Pierwszą są oczywiście nieprzewidywalne bohaterki, którym daleko do ideału, które popełniają gafę za gafą i na własne życzenie stawiają się w kłopotliwych sytuacjach (skąd my to znamy, co?) oraz trafne dialogi i pointy, jakie stawia Carrie na końcu każdego ze swych felietonów. Poniżej moje ulubione cytaty z serialu:
Codziennie miliony ludzi cierpią na monogamię. Nie ma wynalezionego lekarstwa.
Czy my jesteśmy po prostu romantyczni inaczej, czy jesteśmy dziwkami?
Dlaczego pozwalamy, by to, czego nie mamy, psuło nam radość z tego, co mamy?
Jaja są dla faceta tym, czym torebki dla kobiet.
Czym jest uczciwość? Może za bardzo ją cenimy? Może wyznanie prawdy jest szczytem egoizmu, sposobem na rozgrzeszenie kosztem bólu zadanego drugiemu człowiekowi?
Nie da się uniknąć trójkąta. Nawet jeżeli jesteś jedyną osobą w łóżku, zawsze ktoś był w nim przed tobą.
Wszechświat może nie gra z nami fair, za to ma ogromne poczucie humoru.
Miłość to jedyna marka, która nigdy nie wychodzi z mody.
wtorek, 1 października 2013
10 ponadczasowych songów, cz. I
Muzyka jest wszędzie. Można porównać ją z zapachem – otacza Cię, dociera z najbardziej nieoczekiwanej strony, budzi wspomnienia, pobudza do działania, pomaga. Trudno wyobrazić sobie ciszę w centrum handlowym, tramwaju, telewizji, Internecie, a nawet w smartfonie. Muzyka to tak szerokie pojęcie, że trudno zamknąć ją w jednym określeniu. Dla każdego coś innego. Obecnie mam wrażenie, że tworzona po to, by po prostu na niej zarabiać, trochę na siłę. Do wniosku takiego doszłam po usłyszeniu (nie był to jeden raz) dubstepu w piosence o ogólnym sensie tekstu „jest impreza, są cycki, jest lans” zespołu stricte rockowego, dającego wielkie nadzieje w dobie polskiego, nowofalowego przewrotu. Takich przykładów jest sporo, ale dość dygresji. Poniższe piosenki z różnych względów zapadły mi w pamięć i w moich oczach (a raczej uszach) zyskały miano ponadczasowych. Dziś prezentuję zagraniczne hity. Nie spodziewajcie się tu melodii z „Titanica” ani Whitney Houston. Niestety nie umiałam wybrać absolutnego numeru jeden, dlatego piosenki ułożone są w kolejności alfabetycznej. Dorzucilibyście coś do tej listy?
Beyonce – Halo
Wielka diva, której fanką jestem od wielu lat. Moim skromnym zdaniem, jeśli Bóg istnieje to ta kobieta jest żywym na to dowodem. Piękna, przykuwająca uwagę. Poza tym skali mezzosopranu trzy i pół oktawy, przy jednoczesnym posiadaniu soulowego beltingu nie da się tak po prostu nauczyć. Albo to się ma albo się tego nie ma. A do soulowego śpiewania z odpowiednią barwą trzeba się po prostu urodzić. Choć sama jestem żywym dowodem, że skalę głosu można poszerzyć. Ćwiczenie, ćwiczenie i jeszcze raz ćwiczenie. Wracając do numeru – delikatny i subtelny teledysk odzwierciedla wymowę piosenki. Dodajmy do tego wysokie rejestry, akompaniament na pianino i już mamy wrażenie, że unosimy się w przestworzach. Nie raz zdarzało mi się przy tym numerze popłakać. Beyonce - Halo
Cee Lo Green - F*ck you
Nie znam bardziej uniwersalnej nuty, mówiącej o zepsutych relacjach damsko-męskich. Piosenka, pomijając tekst, jest doskonałym poprawiaczem humoru. Lekka i przyjemna. Gorzej, jeśli jesteś Polakiem i próbujesz ją zaśpiewać, nie psując klimatu. Krótkie dźwięki połączone z angielskim - trudna sprawa. Cee Lo Green - F*ck you
Christina Aguilera – Fighter
Z przekazem piosenki tożsamia się niejedna kobieta, której w przeszłości ktoś złamał serce. W moim życiu Kryśka pojawiła się w najmniej odpowiednim momencie, a mianowicie w trakcie etapu uczęszczania do gimbazy. Wtedy zwracałam uwagę głównie na jej zwariowane stroje, w których promowała album „Dirty”. Dziś zachwycam się jej magnetyczną barwą, która brzmi dobrze zarówno w lekko rockowych numerach, do których zaliczyć można ten singiel oraz romantycznych balladach. Skala głosu Aguilery, zwłaszcza w momencie, gdy popisuje się rejestrem gwizdkowym – miażdżąca. Christina Aguilera - Fighter
Colplay –In my place
Wiadomo, że emocjonalna i „rozlazła” barwa Chrisa, który pozornie chce być nieco pod dźwiękiem, w klimatach indie rocka jest bezkonkurencyjna, więc o tym nawet nie wspominam. W wypadku tej piosenki wiele stanowi prosty i wymowny tekst oraz pojawiająca się pomiędzy solówkami gitarka. Coldplay - In my place
Frank Sinatra – Fly my to the moon
Było wielu, którzy chcieli zaśpiewać to z podobną gracją. Niestety, Frank był tylko jeden. Melodia złotych czasów, kiedy robiło się dobre cygaro i dobrą muzykę. Metrum tak sprytne, że do piosenki możesz zatańczyć foxtrota. Cudowna barwa, wyczucie i frazowanie. Niejedna kobieta, słuchająca Franka chce się w tej chwili przenieść na bankiet w tylu lat piędździesiątych i zatańczyć razem z nim. Frank Sinatra - Fly me to the moon
Jamie Woon - Shoulda
Nieziemski wokal, który uwiódł mnie już od pierwszych taktów. Właśnie ten remiks nadaje piosence klimat, który będzie modny nawet wtedy, gdy muzyka klubowa przestanie święcić triumfy na parkietach i w domowych głośnikach. Basy, szum morza i długie nuty kojarzą się z wakacyjnym klimatem.I ta melancholijna barwa, która jest w stanie wyśpiewać każde uczucie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że "Shoulda" jest idealnym uzupełnieniem ciepłego, romantycznego wieczoru na plaży. Zgadzam się i słucham po raz trzeci dzisiejszego dnia. Jamie Wonn - Shoulda (Sammy Chelly remix)
Janis Joplin – Piece of my heart
Tej pani nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Legenda „klubu 27”, obdarzona nieziemska chrypą i bluesowym feelingiem. Partrząc na jej zdjęcia i słuchając nagrań z koncertów mam marzenie, by choć na jeden dzień przenieść się w czasie do lat hipisowskich przewrotów. W piosence urzeka cały akompaniament, „zawijasy” dźwiękowe i naturalne wibrato, którego choćbym bardzo chciała, nie jestem w stanie odtworzyć. Wspaniałe jest to, że kiedyś śpiewało się po prostu, zwracając uwagę przede wszystkim na emocje. Masz wrażenie, że Janis chce naprawdę oddać Ci kawałek swego serca. W końcu blues to nie bel canto. Janis Joplin - Piece of my heart
Kings of Leon – Sex on fire
Kocham ich za charyzmę, rockandrollowe zacięcie i umiłowanie do alternatywy. Głos wokalisty i jego spacery po trudnych dźwiękach porównać mogę tylko do kolegi Chrisa Martina. W przypadku tego zespołu połowa sukcesu to charyzmatyczny wokal frontmana, drugie pół to wpadające w ucho riffy i łatwy do zapamiętania tekst. Jak sami się przyznają, inspirację do tworzenia hitów dało im Radiohead. I dobrze na tym wyszli, bo nie znam osoby, która nie nuciła pod nosem tego numeru. Kings of Leon - Sex on fire
Marylin Manson – The fight song
Opinie na temat wokalisty zespołu były zawsze bardzo skrajne, choć dziś jego wizerunek sceniczny i pomysły na umieszczanie czaszek, krzyży i krwi w piosenkach nie szokują tak bardzo jak w latach 90-tych. Mimo satanistycznych zapędów Brian ma genialny wokal, po prostu nie do podrobienia. Pomijając całą warstwę wizualną kawałek jest jednym wielkim powerem ze śmiałym, prowokacyjnym tekstem, który jednak daje do myślenia. Marlin Manson - The fight song
Michael Jackson – Heal the World
Twórczość króla popu to prawdziwa kopalnia ponadczasowych hitów, w których dotykane były przeróżne kwestie życia człowieka. Od nienawiści rasowej po miłość. Przyznaję się, że jego dyskografię znałam jeszcze wtedy, gdy nie był tak kultowy, jak obecnie. „Heal the World” z 1991 roku to hymn z uniwersalnym dla całego świata znaczeniem. Klimat delikatny, lekko bajkowy, w tonacji kołysanki, oparty na nutach takich, co to służą typowo do wzruszania. Końcówka, ze stopniowym podnoszeniem tonacji i towarzystwem chóru daje efekt gospelowej modlitwy. Mimo, że od czasu wydania piosenki minęło przeszło 20 lat, to i tak jego wymowa pozostaje niezmienna. Teledysk, choć dziś nie robi specjalnego wrażenia – na owe czasy to małe dzieło sztuki filmowej. Michael Jackson - Heal the world
Sade – Soldier of love
Genialna wokalista, potrafiąca połączyć jazz, soul, r’n’b w prawie każdym kawałku. Barwa jej głosu stworzona jest do budowania nastrojowego klimatu. Chwała jej za to, że w dobie dominacji muzyki elektronicznej nie próbuje robić tego na siłę. Od lat wierna jest swojemu klimatowi. Polecam mieć ten kawałek w smart fonie. Daje pozytywnego kopa, przynajmniej mnie. W twórczości Sade zaskakujące jest to, że piosenki są do siebie podobne ale to tylko pozory. Brawo. Sade - Soldier of love
Czytając ten ranking macie pewnie wrażenie, że „miękkie głosy” i nuty pisane po to, by wpływać na uczucia są moją specjalnością. Zagadza się, w końcu w każdym człowieku istnieją czynniki, dzięki którym coś lubi, a czegoś nienawidzi. Na mnie długie nuty wywierają najbardziej pozytywne wrażenie;)
Beyonce – Halo
Wielka diva, której fanką jestem od wielu lat. Moim skromnym zdaniem, jeśli Bóg istnieje to ta kobieta jest żywym na to dowodem. Piękna, przykuwająca uwagę. Poza tym skali mezzosopranu trzy i pół oktawy, przy jednoczesnym posiadaniu soulowego beltingu nie da się tak po prostu nauczyć. Albo to się ma albo się tego nie ma. A do soulowego śpiewania z odpowiednią barwą trzeba się po prostu urodzić. Choć sama jestem żywym dowodem, że skalę głosu można poszerzyć. Ćwiczenie, ćwiczenie i jeszcze raz ćwiczenie. Wracając do numeru – delikatny i subtelny teledysk odzwierciedla wymowę piosenki. Dodajmy do tego wysokie rejestry, akompaniament na pianino i już mamy wrażenie, że unosimy się w przestworzach. Nie raz zdarzało mi się przy tym numerze popłakać. Beyonce - Halo
Cee Lo Green - F*ck you
Nie znam bardziej uniwersalnej nuty, mówiącej o zepsutych relacjach damsko-męskich. Piosenka, pomijając tekst, jest doskonałym poprawiaczem humoru. Lekka i przyjemna. Gorzej, jeśli jesteś Polakiem i próbujesz ją zaśpiewać, nie psując klimatu. Krótkie dźwięki połączone z angielskim - trudna sprawa. Cee Lo Green - F*ck you
Christina Aguilera – Fighter
Z przekazem piosenki tożsamia się niejedna kobieta, której w przeszłości ktoś złamał serce. W moim życiu Kryśka pojawiła się w najmniej odpowiednim momencie, a mianowicie w trakcie etapu uczęszczania do gimbazy. Wtedy zwracałam uwagę głównie na jej zwariowane stroje, w których promowała album „Dirty”. Dziś zachwycam się jej magnetyczną barwą, która brzmi dobrze zarówno w lekko rockowych numerach, do których zaliczyć można ten singiel oraz romantycznych balladach. Skala głosu Aguilery, zwłaszcza w momencie, gdy popisuje się rejestrem gwizdkowym – miażdżąca. Christina Aguilera - Fighter
Colplay –In my place
Wiadomo, że emocjonalna i „rozlazła” barwa Chrisa, który pozornie chce być nieco pod dźwiękiem, w klimatach indie rocka jest bezkonkurencyjna, więc o tym nawet nie wspominam. W wypadku tej piosenki wiele stanowi prosty i wymowny tekst oraz pojawiająca się pomiędzy solówkami gitarka. Coldplay - In my place
Frank Sinatra – Fly my to the moon
Było wielu, którzy chcieli zaśpiewać to z podobną gracją. Niestety, Frank był tylko jeden. Melodia złotych czasów, kiedy robiło się dobre cygaro i dobrą muzykę. Metrum tak sprytne, że do piosenki możesz zatańczyć foxtrota. Cudowna barwa, wyczucie i frazowanie. Niejedna kobieta, słuchająca Franka chce się w tej chwili przenieść na bankiet w tylu lat piędździesiątych i zatańczyć razem z nim. Frank Sinatra - Fly me to the moon
Jamie Woon - Shoulda
Nieziemski wokal, który uwiódł mnie już od pierwszych taktów. Właśnie ten remiks nadaje piosence klimat, który będzie modny nawet wtedy, gdy muzyka klubowa przestanie święcić triumfy na parkietach i w domowych głośnikach. Basy, szum morza i długie nuty kojarzą się z wakacyjnym klimatem.I ta melancholijna barwa, która jest w stanie wyśpiewać każde uczucie. Ktoś mi kiedyś powiedział, że "Shoulda" jest idealnym uzupełnieniem ciepłego, romantycznego wieczoru na plaży. Zgadzam się i słucham po raz trzeci dzisiejszego dnia. Jamie Wonn - Shoulda (Sammy Chelly remix)
Janis Joplin – Piece of my heart
Tej pani nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Legenda „klubu 27”, obdarzona nieziemska chrypą i bluesowym feelingiem. Partrząc na jej zdjęcia i słuchając nagrań z koncertów mam marzenie, by choć na jeden dzień przenieść się w czasie do lat hipisowskich przewrotów. W piosence urzeka cały akompaniament, „zawijasy” dźwiękowe i naturalne wibrato, którego choćbym bardzo chciała, nie jestem w stanie odtworzyć. Wspaniałe jest to, że kiedyś śpiewało się po prostu, zwracając uwagę przede wszystkim na emocje. Masz wrażenie, że Janis chce naprawdę oddać Ci kawałek swego serca. W końcu blues to nie bel canto. Janis Joplin - Piece of my heart
Kings of Leon – Sex on fire
Kocham ich za charyzmę, rockandrollowe zacięcie i umiłowanie do alternatywy. Głos wokalisty i jego spacery po trudnych dźwiękach porównać mogę tylko do kolegi Chrisa Martina. W przypadku tego zespołu połowa sukcesu to charyzmatyczny wokal frontmana, drugie pół to wpadające w ucho riffy i łatwy do zapamiętania tekst. Jak sami się przyznają, inspirację do tworzenia hitów dało im Radiohead. I dobrze na tym wyszli, bo nie znam osoby, która nie nuciła pod nosem tego numeru. Kings of Leon - Sex on fire
Marylin Manson – The fight song
Opinie na temat wokalisty zespołu były zawsze bardzo skrajne, choć dziś jego wizerunek sceniczny i pomysły na umieszczanie czaszek, krzyży i krwi w piosenkach nie szokują tak bardzo jak w latach 90-tych. Mimo satanistycznych zapędów Brian ma genialny wokal, po prostu nie do podrobienia. Pomijając całą warstwę wizualną kawałek jest jednym wielkim powerem ze śmiałym, prowokacyjnym tekstem, który jednak daje do myślenia. Marlin Manson - The fight song
Michael Jackson – Heal the World
Twórczość króla popu to prawdziwa kopalnia ponadczasowych hitów, w których dotykane były przeróżne kwestie życia człowieka. Od nienawiści rasowej po miłość. Przyznaję się, że jego dyskografię znałam jeszcze wtedy, gdy nie był tak kultowy, jak obecnie. „Heal the World” z 1991 roku to hymn z uniwersalnym dla całego świata znaczeniem. Klimat delikatny, lekko bajkowy, w tonacji kołysanki, oparty na nutach takich, co to służą typowo do wzruszania. Końcówka, ze stopniowym podnoszeniem tonacji i towarzystwem chóru daje efekt gospelowej modlitwy. Mimo, że od czasu wydania piosenki minęło przeszło 20 lat, to i tak jego wymowa pozostaje niezmienna. Teledysk, choć dziś nie robi specjalnego wrażenia – na owe czasy to małe dzieło sztuki filmowej. Michael Jackson - Heal the world
Sade – Soldier of love
Genialna wokalista, potrafiąca połączyć jazz, soul, r’n’b w prawie każdym kawałku. Barwa jej głosu stworzona jest do budowania nastrojowego klimatu. Chwała jej za to, że w dobie dominacji muzyki elektronicznej nie próbuje robić tego na siłę. Od lat wierna jest swojemu klimatowi. Polecam mieć ten kawałek w smart fonie. Daje pozytywnego kopa, przynajmniej mnie. W twórczości Sade zaskakujące jest to, że piosenki są do siebie podobne ale to tylko pozory. Brawo. Sade - Soldier of love
Czytając ten ranking macie pewnie wrażenie, że „miękkie głosy” i nuty pisane po to, by wpływać na uczucia są moją specjalnością. Zagadza się, w końcu w każdym człowieku istnieją czynniki, dzięki którym coś lubi, a czegoś nienawidzi. Na mnie długie nuty wywierają najbardziej pozytywne wrażenie;)
piątek, 20 września 2013
Język polski jest ą ę.
„Język polski jest ą ę” to nazwa kampanii promującej używanie trudnych i niepotrzebnych znaczków, „ogonków”, którymi gardzimy, pisząc maile i przede wszystkim wiadomości sms. Celowo słowo sms zostało przeze mnie użyte w mianowniku i liczbie pojedynczej – a nuż tekst ten wpadnie w ręce samego profesora Bralczyka i, jako dyplomowana polonistka i dziennikarka, zostanę odpowiednio podsumowana.
O kampanii dowiedziałam się dziś. Trochę późno, bo stronka mówiąca o akcji wisi w sieci od dobrych kilku miesięcy. O czym to świadczy? Inicjatywa nie jest promowana na taką skalę, jak być powinna albo moja osoba zbyt mało czasu spędza przeglądając „świeżynki” z branży. Raczej to pierwsze.
O co chodzi w tej akcji? Promowany jest powrót do języka polskiego w pisowni, czyli używaniu „ś”, „ć”, „ń” i tak dalej w tworzeniu wypowiedzi pisemnych. Język polski jest tak skonstruowany, że w wypadku niektórych wyrazów dla ogólnego sensu wypowiedzi nie ma znaczenia ich pisownia, szczególnie, jeśli chodzi o tzw. zmiękczenia oraz pisowni ę „ó” i „u” oraz „ż” i „rz”. Wydaje mi się jednak, że kwestia braku zainteresowania różnicą w pisowni bierze się z problemu nieznajomości materii lub po prostu ignorancji sprawy, która w naszym codziennym życiu nie ma specjalnego znaczenia. Jako absolwentka studiów dziennikarskich mogę popisywać się znajomością przegłosów i palatalizacji słowiańskich ale nie w tym tak naprawdę tkwi problem. Problem tkwi w lenistwie.
Profesor Bralczyk na stronie akcji językpolskijestąę.pl ostrzega, że jeśli przestaniemy używać naszych specyficznych, trudnych do wymówienia początkującym w nauce języka polskiego obcokrajowcom, „szeleszczących” sufiksów, nasz język po prostu zubożeje.
Kto sms-uje ze mną, ten wie, że pisząc ten tekst kłamię. Tak, jestem hipokrytką. Wielokrotnie zdarza mi się pomijać polskie znaki. Ale nigdy w takich miejscach jak blog, oficjalny mail czy tekst naukowy. My, Polacy, pisząc, po prostu się spieszymy, a urządzenia mające usprawnić międzyludzką komunikację jednocześnie utrudniają nam poprawność wypowiedzi. Przypomnijmy sobie jak to było kilkanaście lat temu, gdy listy docierały do adresata w formie pisemnej. Naturalnym był fakt, że wszędzie tam, gdzie się powinno, były stawiane „ogonki”. Znam nawet przypadki, gdy sięgano wtedy po słowniki. Dla laików – słownik to coś w rodzaju Google Translator, tylko w formie papierowej.
Żarty na bok. W Waszym życiu na pewno zdarzą się takie sytuacje, gdy polskie znaki nabiorą ogromnego znaczenia.
Różnica pomiędzy robieniem laski i robieniem łaski? Zasadnicza.
O kampanii dowiedziałam się dziś. Trochę późno, bo stronka mówiąca o akcji wisi w sieci od dobrych kilku miesięcy. O czym to świadczy? Inicjatywa nie jest promowana na taką skalę, jak być powinna albo moja osoba zbyt mało czasu spędza przeglądając „świeżynki” z branży. Raczej to pierwsze.
O co chodzi w tej akcji? Promowany jest powrót do języka polskiego w pisowni, czyli używaniu „ś”, „ć”, „ń” i tak dalej w tworzeniu wypowiedzi pisemnych. Język polski jest tak skonstruowany, że w wypadku niektórych wyrazów dla ogólnego sensu wypowiedzi nie ma znaczenia ich pisownia, szczególnie, jeśli chodzi o tzw. zmiękczenia oraz pisowni ę „ó” i „u” oraz „ż” i „rz”. Wydaje mi się jednak, że kwestia braku zainteresowania różnicą w pisowni bierze się z problemu nieznajomości materii lub po prostu ignorancji sprawy, która w naszym codziennym życiu nie ma specjalnego znaczenia. Jako absolwentka studiów dziennikarskich mogę popisywać się znajomością przegłosów i palatalizacji słowiańskich ale nie w tym tak naprawdę tkwi problem. Problem tkwi w lenistwie.
Profesor Bralczyk na stronie akcji językpolskijestąę.pl ostrzega, że jeśli przestaniemy używać naszych specyficznych, trudnych do wymówienia początkującym w nauce języka polskiego obcokrajowcom, „szeleszczących” sufiksów, nasz język po prostu zubożeje.
Kto sms-uje ze mną, ten wie, że pisząc ten tekst kłamię. Tak, jestem hipokrytką. Wielokrotnie zdarza mi się pomijać polskie znaki. Ale nigdy w takich miejscach jak blog, oficjalny mail czy tekst naukowy. My, Polacy, pisząc, po prostu się spieszymy, a urządzenia mające usprawnić międzyludzką komunikację jednocześnie utrudniają nam poprawność wypowiedzi. Przypomnijmy sobie jak to było kilkanaście lat temu, gdy listy docierały do adresata w formie pisemnej. Naturalnym był fakt, że wszędzie tam, gdzie się powinno, były stawiane „ogonki”. Znam nawet przypadki, gdy sięgano wtedy po słowniki. Dla laików – słownik to coś w rodzaju Google Translator, tylko w formie papierowej.
Żarty na bok. W Waszym życiu na pewno zdarzą się takie sytuacje, gdy polskie znaki nabiorą ogromnego znaczenia.
Różnica pomiędzy robieniem laski i robieniem łaski? Zasadnicza.
wtorek, 10 września 2013
7 najbardziej przereklamowanych symboli
Znane są na całym świecie. Mimo, iż nie potrafisz tak naprawdę powiedzieć, czym jest symbol (i czym różni się od alegorii – standardowe szkolne pytanie) to zdajesz sobie sprawę, że otacza Cię całe ich mnóstwo. Pierwszym Twoim skojarzeniem będzie pewnie symbolika miłosna lub chrześcijańska, ale wystarczy przypatrzeć się Twojemu codziennemu życiu i prostym figurom geometrycznym, a nawet wysyłanym wiadomościom sms – wykrzywiona „buźka” symbolizuje niezadowolenie, uśmiechnięta – radość, i tak dalej.
Nie pora to ani miejsce, by oddawać się patetycznej wykładni symboliki polskości czy chrześcijaństwa oraz roztrząsać kwestię, w jaki sposób symbole zmieniały znaczenie dzięki działalności człowieka (najprostszym tego przykładem będzie swastyka). Chcę skupić się na tym, na ile poważnie podchodzimy do ich znaczenia w naszym życiu. Osobiście odnoszę wrażenie, że symbole nadal odwołują się do tradycji lecz traktowane są sztampowo, bezosobowo, w kategoriach „bo tak trzeba, bo tak się robi”. Oto kilka przykładów.
1. Serce. Chyba najbardziej nadużywany symbol. Nawet jeśli Cię nienawidzę, w komentarzu na facebooku pozostawię Ci serduszko. Nawet jeśli z drugą połówką jestem po to, bo samemu być głupio zamiast kropki w smsie postawię serduszko. Biedny jest ten nasz narząd wewnętrzny, katowany od strony fizycznej i psychicznej, a najbardziej musi mieć dość, gdy widzi swoją uproszczoną karykaturę spoglądającą ze sklepowych, walentynkowych witryn.
2. Welon. Biały, śmietankowy, ecru, wykończony hiszpańską koronką. Obojętnie jaki - jego założenie powinno iść w parze ze znaczeniem, jakie niesie. Welon to symbol tego, że wychodzisz za mąż, a zatem jesteś nietknięta w dosłownym znaczeniu tego słowa. Gdyby symbol ten brano pod uwagę serio, przypuszczam, że współcześnie ich produkcja byłaby mocno nierentowna. Szczególnie bezsensowna w przypadku par z dzieckiem lub tych, które po raz kolejny zakładają na dłonie obrączki.
3. Krzyż. Największa świętość chrześcijan, którą przywłaszczyła sobie najpierw moda haute couture, a kolejno moda uliczna. Krzyż jest wszędzie, w niezliczonych ilościach. Na bluzkach, spodniach, bransoletkach. Kolorowy, koronkowy, a nawet odwrócony. O co chodzi? Odwrócenie symbolu oznacza chęć zmiany energii, można więc zacząć snuć daleko idące domysły, że moda namawia nas do satanizmu (wtf?!). Czekam na chwilę, w której krzyże zaczną pojawiać się na stringach i skarpetkach. Od tego dnia zacznę wrzucać na bloga zdjęcia. I promise.
4. Chleb. Ważny, szczególnie w polskiej kulturze, symbol chrześcijański i literacki. W trakcie moich studiów i czytania literatury martyrologicznej (polska literatura jest w 80% taka) symbol ten pojawiał się notorycznie. Do chleba niegdyś miano szacunek, gdyż pamiętano czasy, gdy go nie było. Symbolizuje pracę ludzkich rąk i jedność. Jak traktujemy chleb? Dokładnie tak samo jak to, co symbolizuje. Współczesny, norwidowski „szacunek dla darów nieba” nie istnieje. Mamy go tak dużo, że bez problemu wyrzucamy, nie umiejąc się podzielić z kimś, kto naprawdę go potrzebuje. Tak na marginesie, nigdy nie odważyłam się na wyrzucenie kawałka chleba do śmieci.
5. Biel i czerwień, czyli flaga Polski. Super, że czujemy się patriotami w każdym miejscu i czasie, na każdym kontynencie. Nawet, gdy bierzemy udział w bójce kiboli daleko poza stadionem, z wymalowanymi plakatówkami flagami na policzkach i „ku..wa” na ustach. Hmm, a flaga to podobno nie tylko Bóg i ojczyzna ale i honor.
6. Pacyfka. Dla jednych symbol szatana, dla innych pokoju. W Europie znana za sprawą działalności ruchu hipisów, którzy wierzyli, że planeta Ziemia jest na tyle duża, że jest w stanie pomieścić nas wszystkich. Make peace, not war. Pacyfka używana pod każdą szerokością geograficzną na demonstracjach, wiecach, występuje w formie nadruków, wycinanek, lampionów. A wojny jak były, tak są nadal. Na chwilę obecną obklejenie całego Damaszku i Egiptu pacyfkami nie dałoby odpowiedniego rezultatu.
7. Święty Mikołaj. Jego skomercjalizowana sylwetka ma jedną wspólną ideę z tym, który był i żył. Wiadomo – prezenty. Poza tym chyba przywykliśmy do krasnoluda z wielkim brzuchem, długą brodą, otoczonego sforą sexownych mikołajek. Możecie takiego spotkać nawet w pornolu. O ile wiecie, gdzie szukać.
Kurde, właśnie uświadomiłam sobie, że w mojej szafie wisi bluzka w krzyże, a serduszkowe kartki walentynkowe przechowuję w szafce od liceum.
Nie pora to ani miejsce, by oddawać się patetycznej wykładni symboliki polskości czy chrześcijaństwa oraz roztrząsać kwestię, w jaki sposób symbole zmieniały znaczenie dzięki działalności człowieka (najprostszym tego przykładem będzie swastyka). Chcę skupić się na tym, na ile poważnie podchodzimy do ich znaczenia w naszym życiu. Osobiście odnoszę wrażenie, że symbole nadal odwołują się do tradycji lecz traktowane są sztampowo, bezosobowo, w kategoriach „bo tak trzeba, bo tak się robi”. Oto kilka przykładów.
1. Serce. Chyba najbardziej nadużywany symbol. Nawet jeśli Cię nienawidzę, w komentarzu na facebooku pozostawię Ci serduszko. Nawet jeśli z drugą połówką jestem po to, bo samemu być głupio zamiast kropki w smsie postawię serduszko. Biedny jest ten nasz narząd wewnętrzny, katowany od strony fizycznej i psychicznej, a najbardziej musi mieć dość, gdy widzi swoją uproszczoną karykaturę spoglądającą ze sklepowych, walentynkowych witryn.
2. Welon. Biały, śmietankowy, ecru, wykończony hiszpańską koronką. Obojętnie jaki - jego założenie powinno iść w parze ze znaczeniem, jakie niesie. Welon to symbol tego, że wychodzisz za mąż, a zatem jesteś nietknięta w dosłownym znaczeniu tego słowa. Gdyby symbol ten brano pod uwagę serio, przypuszczam, że współcześnie ich produkcja byłaby mocno nierentowna. Szczególnie bezsensowna w przypadku par z dzieckiem lub tych, które po raz kolejny zakładają na dłonie obrączki.
3. Krzyż. Największa świętość chrześcijan, którą przywłaszczyła sobie najpierw moda haute couture, a kolejno moda uliczna. Krzyż jest wszędzie, w niezliczonych ilościach. Na bluzkach, spodniach, bransoletkach. Kolorowy, koronkowy, a nawet odwrócony. O co chodzi? Odwrócenie symbolu oznacza chęć zmiany energii, można więc zacząć snuć daleko idące domysły, że moda namawia nas do satanizmu (wtf?!). Czekam na chwilę, w której krzyże zaczną pojawiać się na stringach i skarpetkach. Od tego dnia zacznę wrzucać na bloga zdjęcia. I promise.
4. Chleb. Ważny, szczególnie w polskiej kulturze, symbol chrześcijański i literacki. W trakcie moich studiów i czytania literatury martyrologicznej (polska literatura jest w 80% taka) symbol ten pojawiał się notorycznie. Do chleba niegdyś miano szacunek, gdyż pamiętano czasy, gdy go nie było. Symbolizuje pracę ludzkich rąk i jedność. Jak traktujemy chleb? Dokładnie tak samo jak to, co symbolizuje. Współczesny, norwidowski „szacunek dla darów nieba” nie istnieje. Mamy go tak dużo, że bez problemu wyrzucamy, nie umiejąc się podzielić z kimś, kto naprawdę go potrzebuje. Tak na marginesie, nigdy nie odważyłam się na wyrzucenie kawałka chleba do śmieci.
5. Biel i czerwień, czyli flaga Polski. Super, że czujemy się patriotami w każdym miejscu i czasie, na każdym kontynencie. Nawet, gdy bierzemy udział w bójce kiboli daleko poza stadionem, z wymalowanymi plakatówkami flagami na policzkach i „ku..wa” na ustach. Hmm, a flaga to podobno nie tylko Bóg i ojczyzna ale i honor.
6. Pacyfka. Dla jednych symbol szatana, dla innych pokoju. W Europie znana za sprawą działalności ruchu hipisów, którzy wierzyli, że planeta Ziemia jest na tyle duża, że jest w stanie pomieścić nas wszystkich. Make peace, not war. Pacyfka używana pod każdą szerokością geograficzną na demonstracjach, wiecach, występuje w formie nadruków, wycinanek, lampionów. A wojny jak były, tak są nadal. Na chwilę obecną obklejenie całego Damaszku i Egiptu pacyfkami nie dałoby odpowiedniego rezultatu.
7. Święty Mikołaj. Jego skomercjalizowana sylwetka ma jedną wspólną ideę z tym, który był i żył. Wiadomo – prezenty. Poza tym chyba przywykliśmy do krasnoluda z wielkim brzuchem, długą brodą, otoczonego sforą sexownych mikołajek. Możecie takiego spotkać nawet w pornolu. O ile wiecie, gdzie szukać.
Kurde, właśnie uświadomiłam sobie, że w mojej szafie wisi bluzka w krzyże, a serduszkowe kartki walentynkowe przechowuję w szafce od liceum.
środa, 4 września 2013
Urodziny po dwudziestce – śmiać się czy płakać?
Założę się, że każdy z Was, moi Drodzy Czytelnicy potrafi wymienić takie momenty w swoim życiu, na które wybitnie długo się czekało i którym towarzyszyło charakterystyczne, do niczego nie porównywalne uczucie ciekawości. Ja w grupie tych momentów mogę wymienić oczekiwanie na smak komunijnego opłatka, pierwsze zaciągnięcie się papierosem, jak to jest być podchmielonym, prowadzić samochód i w końcu jak to jest mieć osiemnaście lat. Chwile odgrażania się światu, że w momencie osiągnięcia pełnoletniości będę robić dokładnie to co chcę i w taki sposób, jaki mi się podoba idą w niepamięć. Osiemnastka, mimo całej pompy jej towarzyszącej przychodzi tak samo normalnie jak każdy kolejny rok witany odgłosem otwieranego szampana. Teoretycznie każde kolejne urodziny powinno się obchodzić podobnie.
Tak jednak się nie dzieje, ponieważ tylko osiemnastka jest umowną granicą pomiędzy zostawieniem w tyle dzieciństwa i staniem się osobą dorosłą. Celebrować dwudzieste szóste urodziny? Bez sensu. Ani to starość, ani już młodość, a każdy dzień przybliża Cię do trzydziechy. To z kolei rodzi pytania, czy wszystko w tym życiu poszło tak jak należy, a jeśli czegoś mi brak, to czego?
Idąc dalej można popaść w czarnowidztwo, bo trzydziestka to kolejna granica, która weryfikuje to, co obiecywaliśmy sobie w okolicach osiemnastki. Paranoja, można popaść w obłęd. A podwójny będzie wtedy, gdy życzliwi Ci ludzie będą życzyć Ci tego, czego na danym etapie życia życzyć się powinno. Czyli w wypadku kobiety zbliżającej się do trzydziechy - męża , dziecka i domu z ogrodem. Kierując się tą droga logicznego myślenia, w momencie, gdy będę (daj mi Boziu) po 90tce, będą mi życzyć wspaniałej, hebanowej trumny? Bądźmy realistami - to perfekcyjny wiek na umieranie.
Kobiety w materii urodzin mają gorzej, nawet jeśli się do tego nie przyznają. Niestety na doświadczenie, siwe włosy i zmarszczki dodające powagi i charakteru nie wiedzieć czemu zasługują mężczyźni. Dla nas, kobiet, świat nie jest pod tym kątem łaskawy.
Każde życzenia, które otrzymuję z okazji urodzin cieszą mnie ale i zastanawiają. Największą i świętą rację mają Ci, którzy życzą mi spełnienia tego, czego sama sobie wymarzę. Marzenia są niezależne od metryki.
Tak jednak się nie dzieje, ponieważ tylko osiemnastka jest umowną granicą pomiędzy zostawieniem w tyle dzieciństwa i staniem się osobą dorosłą. Celebrować dwudzieste szóste urodziny? Bez sensu. Ani to starość, ani już młodość, a każdy dzień przybliża Cię do trzydziechy. To z kolei rodzi pytania, czy wszystko w tym życiu poszło tak jak należy, a jeśli czegoś mi brak, to czego?
Idąc dalej można popaść w czarnowidztwo, bo trzydziestka to kolejna granica, która weryfikuje to, co obiecywaliśmy sobie w okolicach osiemnastki. Paranoja, można popaść w obłęd. A podwójny będzie wtedy, gdy życzliwi Ci ludzie będą życzyć Ci tego, czego na danym etapie życia życzyć się powinno. Czyli w wypadku kobiety zbliżającej się do trzydziechy - męża , dziecka i domu z ogrodem. Kierując się tą droga logicznego myślenia, w momencie, gdy będę (daj mi Boziu) po 90tce, będą mi życzyć wspaniałej, hebanowej trumny? Bądźmy realistami - to perfekcyjny wiek na umieranie.
Kobiety w materii urodzin mają gorzej, nawet jeśli się do tego nie przyznają. Niestety na doświadczenie, siwe włosy i zmarszczki dodające powagi i charakteru nie wiedzieć czemu zasługują mężczyźni. Dla nas, kobiet, świat nie jest pod tym kątem łaskawy.
Każde życzenia, które otrzymuję z okazji urodzin cieszą mnie ale i zastanawiają. Największą i świętą rację mają Ci, którzy życzą mi spełnienia tego, czego sama sobie wymarzę. Marzenia są niezależne od metryki.
niedziela, 1 września 2013
Czy zaufanie to już naiwność?
„Że zaufanie to taka czarna świnia,
w dzień jest, w nocy nie ma”
Bardzo trudne pytanie stawiam sobie w dniu pierwszego września. Zastanawiam się, czy jest ono w ogóle potrzebne, bo tak naprawdę z każdym napotkanym człowiekiem postępujemy inaczej. Jednym ufamy ze względu na np. łączące nas więzy krwi czy pozytywne pierwsze wrażenie, jakie byli na nas w stanie wywrzeć w momencie poznania. I odwrotnie, niektórym kompletnie nie jesteśmy w stanie zaufać, bo dochodzą do nas niechlubne plotki, komuś krzywo z oczu patrzy lub po prostu zapala nam się w głowie migający znak stop, mówiący „koniec z naiwnością, nie ufaj”. Często bywa też tak, że dzięki tym instynktom mijamy się z prawdą. I wtedy boli.
Granica między naiwnością, a zaufaniem jest moim zdaniem równie cienka, co bariera rozdzielająca perswazję i manipulację. Najprościej zobrazować sprawę przykładem. Załóżmy, że umawiasz się na randkę z nowo poznanym facetem. To fajny gość, szarmancki, normalny, jego gesty i sposób mówienia wskazują na dobre wychowanie. Szala przechyla się w kierunku zaufania. Jesteście na randce i przypadkiem zauważasz, podczas, gdy on chce w swoim smartfonie pokazać zdjęcie swojej fury, listę smsów, których adresaci są określeni żeńskimi imionami. Pierwsza myśl?
„Same dupy”.
Potem, choć nie od razu pojawia się standardowe, ironiczne stwierdzenie, a tak naprawdę pytanie: „Ile Ty masz znajomych”. Ile, nie ilu. I pytanie: To koleżanki czy potencjalne przyszłe lub byłe partnerki do czegostamkolwiek? Oczywiście musi Ci wystarczyć zapewnienie, że jesteś Ty i tylko Ty. Nie wyobrażaj sobie, że otrzymasz inną odpowiedź. Poprawność polityczna jest najważniejsza ( ja nazywam to związkowym PR). Tak naprawdę do Ciebie należy decyzja, czy uruchomisz serce, czy rozum. Serce każe Ci bezwarunkowo zaufać i ten stan będzie trwał, dopóki ukochana osoba nie popełni karygodnego wykroczenia – choć jak znam życie, i to będziesz w stanie wybaczyć. W momencie, gdy do głosu dojdzie rozum uświadomisz sobie, że możesz być dla drugiej strony jedną z wielu opcji, a przy każdym momencie, w którym wybaczasz, mówiąc „kocham” Twojemu szczęściu będzie spadać kolejny kamień z serca i jednocześnie będzie rosnąć politowanie dla Twojej naiwności. Posługując się rozumem zdasz sobie sprawę, że kolejnej randki nie będzie. Gorzej dla Ciebie, jeśli to naprawdę nic nie znaczące żeńskie imiona, które rzeczywiście przypadkowo skumulowały się jedno pod drugim.
Na pewnym etapie życia każdy zdaje sobie sprawę, że nie jest prosto z euforią typową dla nastolatka wchodzić w relacje damsko – męskie. Będąc maniakalnie podejrzliwym burzymy to, co dopiero wzbiło się od fundamentów, a ufając bezwarunkowo możemy utknąć w labiryncie cudzych kłamstw. Szkoda, że to nie matematyka, gdzie pod równanie podstawiasz konkretne dane i na miejsce iksa wychodzi klarowne rozwiązanie. Życie zawiera więcej niewiadomych.
Bardzo trudne pytanie stawiam sobie w dniu pierwszego września. Zastanawiam się, czy jest ono w ogóle potrzebne, bo tak naprawdę z każdym napotkanym człowiekiem postępujemy inaczej. Jednym ufamy ze względu na np. łączące nas więzy krwi czy pozytywne pierwsze wrażenie, jakie byli na nas w stanie wywrzeć w momencie poznania. I odwrotnie, niektórym kompletnie nie jesteśmy w stanie zaufać, bo dochodzą do nas niechlubne plotki, komuś krzywo z oczu patrzy lub po prostu zapala nam się w głowie migający znak stop, mówiący „koniec z naiwnością, nie ufaj”. Często bywa też tak, że dzięki tym instynktom mijamy się z prawdą. I wtedy boli.
Granica między naiwnością, a zaufaniem jest moim zdaniem równie cienka, co bariera rozdzielająca perswazję i manipulację. Najprościej zobrazować sprawę przykładem. Załóżmy, że umawiasz się na randkę z nowo poznanym facetem. To fajny gość, szarmancki, normalny, jego gesty i sposób mówienia wskazują na dobre wychowanie. Szala przechyla się w kierunku zaufania. Jesteście na randce i przypadkiem zauważasz, podczas, gdy on chce w swoim smartfonie pokazać zdjęcie swojej fury, listę smsów, których adresaci są określeni żeńskimi imionami. Pierwsza myśl?
„Same dupy”.
Potem, choć nie od razu pojawia się standardowe, ironiczne stwierdzenie, a tak naprawdę pytanie: „Ile Ty masz znajomych”. Ile, nie ilu. I pytanie: To koleżanki czy potencjalne przyszłe lub byłe partnerki do czegostamkolwiek? Oczywiście musi Ci wystarczyć zapewnienie, że jesteś Ty i tylko Ty. Nie wyobrażaj sobie, że otrzymasz inną odpowiedź. Poprawność polityczna jest najważniejsza ( ja nazywam to związkowym PR). Tak naprawdę do Ciebie należy decyzja, czy uruchomisz serce, czy rozum. Serce każe Ci bezwarunkowo zaufać i ten stan będzie trwał, dopóki ukochana osoba nie popełni karygodnego wykroczenia – choć jak znam życie, i to będziesz w stanie wybaczyć. W momencie, gdy do głosu dojdzie rozum uświadomisz sobie, że możesz być dla drugiej strony jedną z wielu opcji, a przy każdym momencie, w którym wybaczasz, mówiąc „kocham” Twojemu szczęściu będzie spadać kolejny kamień z serca i jednocześnie będzie rosnąć politowanie dla Twojej naiwności. Posługując się rozumem zdasz sobie sprawę, że kolejnej randki nie będzie. Gorzej dla Ciebie, jeśli to naprawdę nic nie znaczące żeńskie imiona, które rzeczywiście przypadkowo skumulowały się jedno pod drugim.
Na pewnym etapie życia każdy zdaje sobie sprawę, że nie jest prosto z euforią typową dla nastolatka wchodzić w relacje damsko – męskie. Będąc maniakalnie podejrzliwym burzymy to, co dopiero wzbiło się od fundamentów, a ufając bezwarunkowo możemy utknąć w labiryncie cudzych kłamstw. Szkoda, że to nie matematyka, gdzie pod równanie podstawiasz konkretne dane i na miejsce iksa wychodzi klarowne rozwiązanie. Życie zawiera więcej niewiadomych.
czwartek, 29 sierpnia 2013
Kobiety wolą chamów
Dlaczego im bardziej się starasz, tym gorzej jesteś traktowany? Gdzie jest kobieca wdzięczność?
Dla mężczyzny białe jest białe, a czarne to czarne. Przyznaję, panowie, czasami mówimy jedno, a robimy drugie. Myśląc o wizji wymarzonego związku i dzieląc się tymi refleksjami z koleżankami wśród cech pożądanych u mężczyzny doceniamy troskę, czułość, dawanie poczucia bezpieczeństwa, no i satysfakcję w sypialni. Pragniemy wybrać osobę, która będzie dla nas idealnym partnerem i podporą do końca życia, w czasach, gdy kariera legnie w gruzach lub rozmiar 38 okaże się dla nas zbyt mały.
A wybieramy chamów. Takich, co to bez ogródek powiedzą, że jesteś gruba i żeby „coś” z tego było musisz schudnąć, typów spod ciemnej gwiazdy, którzy nie wiadomo skąd przyszli i gdzie pójdą, facetów z niemałym przebiegiem, współczesnych rockandrollowców. Sorry, to wy dziewczyny wybieracie, bo u mnie wjazd dla takich zamknięty na zawsze. Nie urodziłam się po to, by być męczennicą. Słoneczna aureola nad głową nie pasuje do mojego image’u.
Dlaczego kobiety zostawiają porządnych facetów dla wybrakowanych egzemplarzy?
Odpowiedzi mam kilka, choć każda sprowadza się do jednej zasadniczej – natura. Zobaczcie, jak to się odbywa w przyrodzie. Samicę prawie zawsze się po prostu bierze, bez zbędnych pytań, a ona z natury ulega. Kobiety lubią być uległe, bo tak stworzyła ich matka natura. Do bycia zależną.
Po drugie, nie od dziś wiadomo, że satysfakcji kobiecie nie daje to, co już ma. Ona wciąż poluje. Nawet jeśli partner będzie niebiańsko łagodny i spełni wszystkie zachcianki zawsze czegoś będzie jej brak. W tym momencie pojawi się tytułowy „cham”, który przerywa sielankę i daje jej właśnie to, czego nazwać nie umie. A potem sobie odejdzie, pozostawiając ją z wyrytymi na płatach mózgu słowami krytyki. O to w tym ambarasie chodzi. Kobieta uwielbia myśleć i analizować słowa przytyku. Cierpienie to chyba proces zaprogramowany specjalnie dla płci żeńskiej. Podobnie jak chęć znalezienia uczuć innych niż bliskość i stabilizacja. Porównać można to do wykresu z wariografu. Im częściej igła będzie drżała, tym dla kobiety lepiej.
Trzecia kwestia oparta jest na ogólnoludzkiej zasadzie, że im bardziej zależy Tobie, tym drugiej osobie wręcz przeciwnie. Więc jeśli logicznie zakładamy, że odrobina bezczelności (nie mylić z ze skrajnym chamstwem) w wykonaniu mężczyzny mu nie zaszkodzi, kobieta odbierze to jako odpuszczenie i sama zacznie się starać. Taki bumerang.
Kiedy zapytasz przeciętną kobietę, co takiego jest w złych chłopcach, ona najpierw króciutko zamyśli się, potem uśmiechnie się i prawdopodobnie odpowie: „Nie wiem”. Prawdziwą odpowiedzią będzie właśnie uśmiech oraz to, co w tym momencie sobie wyobraża, choć nazwać tego nie potrafi.
Dla mężczyzny białe jest białe, a czarne to czarne. Przyznaję, panowie, czasami mówimy jedno, a robimy drugie. Myśląc o wizji wymarzonego związku i dzieląc się tymi refleksjami z koleżankami wśród cech pożądanych u mężczyzny doceniamy troskę, czułość, dawanie poczucia bezpieczeństwa, no i satysfakcję w sypialni. Pragniemy wybrać osobę, która będzie dla nas idealnym partnerem i podporą do końca życia, w czasach, gdy kariera legnie w gruzach lub rozmiar 38 okaże się dla nas zbyt mały.
A wybieramy chamów. Takich, co to bez ogródek powiedzą, że jesteś gruba i żeby „coś” z tego było musisz schudnąć, typów spod ciemnej gwiazdy, którzy nie wiadomo skąd przyszli i gdzie pójdą, facetów z niemałym przebiegiem, współczesnych rockandrollowców. Sorry, to wy dziewczyny wybieracie, bo u mnie wjazd dla takich zamknięty na zawsze. Nie urodziłam się po to, by być męczennicą. Słoneczna aureola nad głową nie pasuje do mojego image’u.
Dlaczego kobiety zostawiają porządnych facetów dla wybrakowanych egzemplarzy?
Odpowiedzi mam kilka, choć każda sprowadza się do jednej zasadniczej – natura. Zobaczcie, jak to się odbywa w przyrodzie. Samicę prawie zawsze się po prostu bierze, bez zbędnych pytań, a ona z natury ulega. Kobiety lubią być uległe, bo tak stworzyła ich matka natura. Do bycia zależną.
Po drugie, nie od dziś wiadomo, że satysfakcji kobiecie nie daje to, co już ma. Ona wciąż poluje. Nawet jeśli partner będzie niebiańsko łagodny i spełni wszystkie zachcianki zawsze czegoś będzie jej brak. W tym momencie pojawi się tytułowy „cham”, który przerywa sielankę i daje jej właśnie to, czego nazwać nie umie. A potem sobie odejdzie, pozostawiając ją z wyrytymi na płatach mózgu słowami krytyki. O to w tym ambarasie chodzi. Kobieta uwielbia myśleć i analizować słowa przytyku. Cierpienie to chyba proces zaprogramowany specjalnie dla płci żeńskiej. Podobnie jak chęć znalezienia uczuć innych niż bliskość i stabilizacja. Porównać można to do wykresu z wariografu. Im częściej igła będzie drżała, tym dla kobiety lepiej.
Trzecia kwestia oparta jest na ogólnoludzkiej zasadzie, że im bardziej zależy Tobie, tym drugiej osobie wręcz przeciwnie. Więc jeśli logicznie zakładamy, że odrobina bezczelności (nie mylić z ze skrajnym chamstwem) w wykonaniu mężczyzny mu nie zaszkodzi, kobieta odbierze to jako odpuszczenie i sama zacznie się starać. Taki bumerang.
Kiedy zapytasz przeciętną kobietę, co takiego jest w złych chłopcach, ona najpierw króciutko zamyśli się, potem uśmiechnie się i prawdopodobnie odpowie: „Nie wiem”. Prawdziwą odpowiedzią będzie właśnie uśmiech oraz to, co w tym momencie sobie wyobraża, choć nazwać tego nie potrafi.
wtorek, 13 sierpnia 2013
Zakładając, że jutro zniknę...
Tak mi beztroski brakuje dziecięcej
Ciążą mi szkielet, mięśnie i myśl
Duchem nie zlecę powyżej sufitu
Hey, Co tam
Wyobraź sobie, że to jest właśnie ten dzień, w którym dowiadujesz się, że kolejny będzie Twoim ostatnim. Wiadomość tę przyjmujesz po prostu, tak jak informację o odejściu od Ciebie kobiety lub fakt, że Twój ukochany pies został rozjechany przez samochód. Sposób przyjęcia informacji i przetworzenia przez szare komórki taki sam lecz przemyślenia inne. W przypadku odejścia ukochanej miesiącami możesz rozstrzygać, co z Tobą nie tak, czworonożnego przyjaciela znów znajdziesz, choćby w schronisku.
Z wiadomością o tym, że Twoje JA niebawem przestanie istnieć nie masz czasu się pogodzić. Nie ma szans pożegnać się ze wszystkim tym, co kochałeś i szanowałeś. Co zrobisz, wiedząc, że czasu jest tak niewiele? Pomyślisz, że tak naprawdę nigdy nic nie znaczyłeś, niczego nie dokonałeś a po Twoim odejściu mało kto będzie Cię wspominać. Lub przeciwnie, stwierdzisz, że zrobiłeś dokładnie to, co chciałeś z odpowiednią dozą szaleństwa.
Zakładając, że życie nietrwałe i kruche – co ja zrobiłabym?
Pojechałabym tam, gdzie zawsze chciałam.
Kupiłabym to, przed czym zawsze się wzbraniałam.
Powiedziałabym bez skrupułów komu trzeba i co trzeba. Nie po to, by się wyżyć lecz po to, by sami sobie dali szansę na zmiany.
Doceniłabym wartość zwykłych, prostych gestów.
Zdjęłabym wszystkie maski pozorów i niedopowiedzeń.
Przyznałabym, że po prostu zawaliłam.
Nauczyłabym się nazywać uczucia.
Powiedziałabym Tobie, jak bardzo mi zależy.
Trudno wcielić to w życie, gdy wiesz, że nic Ci nie grozi. Bądź jednak pewien, że ta mała apokalipsa kiedyś nastąpi, bo oprócz podatków jedyną w życiu pewnością jest śmierć. Może więc warto założyć, że nastąpi to jutro?
Ciążą mi szkielet, mięśnie i myśl
Duchem nie zlecę powyżej sufitu
Hey, Co tam
Wyobraź sobie, że to jest właśnie ten dzień, w którym dowiadujesz się, że kolejny będzie Twoim ostatnim. Wiadomość tę przyjmujesz po prostu, tak jak informację o odejściu od Ciebie kobiety lub fakt, że Twój ukochany pies został rozjechany przez samochód. Sposób przyjęcia informacji i przetworzenia przez szare komórki taki sam lecz przemyślenia inne. W przypadku odejścia ukochanej miesiącami możesz rozstrzygać, co z Tobą nie tak, czworonożnego przyjaciela znów znajdziesz, choćby w schronisku.
Z wiadomością o tym, że Twoje JA niebawem przestanie istnieć nie masz czasu się pogodzić. Nie ma szans pożegnać się ze wszystkim tym, co kochałeś i szanowałeś. Co zrobisz, wiedząc, że czasu jest tak niewiele? Pomyślisz, że tak naprawdę nigdy nic nie znaczyłeś, niczego nie dokonałeś a po Twoim odejściu mało kto będzie Cię wspominać. Lub przeciwnie, stwierdzisz, że zrobiłeś dokładnie to, co chciałeś z odpowiednią dozą szaleństwa.
Zakładając, że życie nietrwałe i kruche – co ja zrobiłabym?
Pojechałabym tam, gdzie zawsze chciałam.
Kupiłabym to, przed czym zawsze się wzbraniałam.
Powiedziałabym bez skrupułów komu trzeba i co trzeba. Nie po to, by się wyżyć lecz po to, by sami sobie dali szansę na zmiany.
Doceniłabym wartość zwykłych, prostych gestów.
Zdjęłabym wszystkie maski pozorów i niedopowiedzeń.
Przyznałabym, że po prostu zawaliłam.
Nauczyłabym się nazywać uczucia.
Powiedziałabym Tobie, jak bardzo mi zależy.
Trudno wcielić to w życie, gdy wiesz, że nic Ci nie grozi. Bądź jednak pewien, że ta mała apokalipsa kiedyś nastąpi, bo oprócz podatków jedyną w życiu pewnością jest śmierć. Może więc warto założyć, że nastąpi to jutro?
piątek, 9 sierpnia 2013
Ładni mają lepiej
Los pięknych kobiet jest nieszczęśliwy, wybitni mężczyźni rzadko bywają urodziwi. (przysłowie chińskie)
Idziesz sobie spokojnie ulicą. Jesteś atrakcyjną kobietą, wiesz o tym. Te spojrzenia mężczyzn w każdym możliwym wieku, zazdrosne miny kobiet. To jest to, co daje Ci poczucie wyższości. Idziesz z podniesioną piersią, uśmiechasz się, spławiasz kolejnego niewiernego, dostajesz pracę zgodną z tym, co chcesz robić w życiu. Mało co jest Cię w stanie powstrzymać przed własnymi pragnieniami.
Brylujesz w towarzystwie. Twoi koledzy kierowani pobudkami czystej zazdrości podszeptują, że wolisz chłopców. Chodzi im o te kolorowe szmatki, nienaganną fryzurę, trzydniowy, pozornie niechlujny zarost, biceps tam gdzie trzeba (bynajmniej na brzuchu). Nie ma problemu, by zagadać do długonogiej blondynki tańczącej przy barze. A potem również do jej koleżanki.
Bosko, co?
Słabe jest to, że to wszystko, co dostałaś/ dostałeś nie zawdzięczasz sobie tylko szczęściu, które uśmiecha się do Ciebie głupkowato. Dobre geny to coś, na co wpływu nie mamy. Niestety. Materiał genetyczny poddajesz obróbce i powstaje gotowy produkt, na który popyt jest znaczny. Dla reszty świata mam dobrą wiadomość – zawsze pozostaje intelekt, cudowny charakter i działalność naukowa. Bo to Wy, intelektualiści twierdzicie, że wygląd nie ma znaczenia. Podobnie jak nie szata zdobi człowieka. Ikony popkultury takie jak Marylin Monroe były po prostu … ładne. Poza mówieniem na wydechu i jednym filmem „Pół żartem, pół serio” niewiele w jej życiu wyszło tak jak powinno, a mimo to współcześnie spotkać możemy ją nawet na fototapetach z hipermarketu.
Fajnie, gdyby przeznaczenie czy tam Bóg dzielili ludzi na skrajnie ładnych i skrajnie mądrych. Ja chyba wybieram bycie skrajnie ładną. Trzeba ułatwiać sobie życie. Później powoli i konsekwentnie, poprzez cudze łożko, pościel i limuzynę można stać się skrajnie mądrą i przede wszystkim skrajnie bogatą.
Idziesz sobie spokojnie ulicą. Jesteś atrakcyjną kobietą, wiesz o tym. Te spojrzenia mężczyzn w każdym możliwym wieku, zazdrosne miny kobiet. To jest to, co daje Ci poczucie wyższości. Idziesz z podniesioną piersią, uśmiechasz się, spławiasz kolejnego niewiernego, dostajesz pracę zgodną z tym, co chcesz robić w życiu. Mało co jest Cię w stanie powstrzymać przed własnymi pragnieniami.
Brylujesz w towarzystwie. Twoi koledzy kierowani pobudkami czystej zazdrości podszeptują, że wolisz chłopców. Chodzi im o te kolorowe szmatki, nienaganną fryzurę, trzydniowy, pozornie niechlujny zarost, biceps tam gdzie trzeba (bynajmniej na brzuchu). Nie ma problemu, by zagadać do długonogiej blondynki tańczącej przy barze. A potem również do jej koleżanki.
Bosko, co?
Słabe jest to, że to wszystko, co dostałaś/ dostałeś nie zawdzięczasz sobie tylko szczęściu, które uśmiecha się do Ciebie głupkowato. Dobre geny to coś, na co wpływu nie mamy. Niestety. Materiał genetyczny poddajesz obróbce i powstaje gotowy produkt, na który popyt jest znaczny. Dla reszty świata mam dobrą wiadomość – zawsze pozostaje intelekt, cudowny charakter i działalność naukowa. Bo to Wy, intelektualiści twierdzicie, że wygląd nie ma znaczenia. Podobnie jak nie szata zdobi człowieka. Ikony popkultury takie jak Marylin Monroe były po prostu … ładne. Poza mówieniem na wydechu i jednym filmem „Pół żartem, pół serio” niewiele w jej życiu wyszło tak jak powinno, a mimo to współcześnie spotkać możemy ją nawet na fototapetach z hipermarketu.
Fajnie, gdyby przeznaczenie czy tam Bóg dzielili ludzi na skrajnie ładnych i skrajnie mądrych. Ja chyba wybieram bycie skrajnie ładną. Trzeba ułatwiać sobie życie. Później powoli i konsekwentnie, poprzez cudze łożko, pościel i limuzynę można stać się skrajnie mądrą i przede wszystkim skrajnie bogatą.
niedziela, 21 lipca 2013
Jak się poznaliście? A tak, przez przypadek…
„Zbiegi okoliczności są wymysłem ludzi, którzy nie wiedzą, co robić z życiem. Jak tylko coś idzie źle, czują się bezradni. Jak idzie dobrze, szukają wyjaśnienia, dlaczego idzie dobrze. Brakuje im odwagi, żeby powiedzieć sobie: „To i to przydarza mi się dlatego, że jestem taki, jaki jestem”.
Słowa te, autorstwa Zorana Dvenkara, fajnie oddają istotę sprawy. Żałuję, że dopiero teraz sięgam po jego thrillery. Jak to jest ze zbiegami okoliczności, przypadkami? Temat dobry na rozprawkę.
Wierzycie w coś takiego jak przeznaczenie? Poznałeś dziewczynę lub chłopaka, ponieważ wcześniej znałeś jego brata/ siostrę/ koleżankę/ ex. Zakochujesz się i nagle w całej naiwności i miłosnej euforii stwierdzasz, że to przeznaczenie. W końcu musieliście na siebie trafić, bo było to zapisane. A ja mówię, że owszem, że musieliście, ponieważ mając taki, a nie inny krąg znajomych w końcu wszyscy wzajemnie się ze sobą zetkną. I która opcja jest poprawna? Czy w naszym życiu cokolwiek zdarza się tak, jak sobie sami wymyślimy?
Oczywiście, że nie. Jedno wydarzenie powoduje kolejne, z pierwszego problemu wyrasta kolejny. Co nie znaczy, że naturalną kolej losu należy obarczać znamionami przeznaczenia. Życie ludzkie można porównać do infantylnych psychotestów z czasopism dla pań w formie drzewka, gdzie odpowiedzi na pytania prowadzą do kolejnych, a te do kolejnych i w końcu dochodzisz do rozwiązania.
Druga strona medalu wprowadza pewien niepokój, bo historia ludzkości udowadnia, że wszystkie genialne odkrycia są dziełem przypadku. Począwszy od mitycznego już jabłka Newtona, po wynalezienie jeansów. Notabene, pomyśl, co byłoby, gdyby udał się planowany w trakcie II wojny światowej zamach na Stalina, a Hitler „przypadkiem” nie został znieważony przez wiedeńskiego Żyda.
Pytanie pozostaje nadal otwarte.
Słowa te, autorstwa Zorana Dvenkara, fajnie oddają istotę sprawy. Żałuję, że dopiero teraz sięgam po jego thrillery. Jak to jest ze zbiegami okoliczności, przypadkami? Temat dobry na rozprawkę.
Wierzycie w coś takiego jak przeznaczenie? Poznałeś dziewczynę lub chłopaka, ponieważ wcześniej znałeś jego brata/ siostrę/ koleżankę/ ex. Zakochujesz się i nagle w całej naiwności i miłosnej euforii stwierdzasz, że to przeznaczenie. W końcu musieliście na siebie trafić, bo było to zapisane. A ja mówię, że owszem, że musieliście, ponieważ mając taki, a nie inny krąg znajomych w końcu wszyscy wzajemnie się ze sobą zetkną. I która opcja jest poprawna? Czy w naszym życiu cokolwiek zdarza się tak, jak sobie sami wymyślimy?
Oczywiście, że nie. Jedno wydarzenie powoduje kolejne, z pierwszego problemu wyrasta kolejny. Co nie znaczy, że naturalną kolej losu należy obarczać znamionami przeznaczenia. Życie ludzkie można porównać do infantylnych psychotestów z czasopism dla pań w formie drzewka, gdzie odpowiedzi na pytania prowadzą do kolejnych, a te do kolejnych i w końcu dochodzisz do rozwiązania.
Druga strona medalu wprowadza pewien niepokój, bo historia ludzkości udowadnia, że wszystkie genialne odkrycia są dziełem przypadku. Począwszy od mitycznego już jabłka Newtona, po wynalezienie jeansów. Notabene, pomyśl, co byłoby, gdyby udał się planowany w trakcie II wojny światowej zamach na Stalina, a Hitler „przypadkiem” nie został znieważony przez wiedeńskiego Żyda.
Pytanie pozostaje nadal otwarte.
Subskrybuj:
Posty (Atom)








